Zygmunt Zieliński
Wrzask
contra głupota
Zmarł Miłosz i chciałoby się powiedzieć: niech
mu ziemia lekką będzie, aliści nie ziemia go w końcu
przyjmie, ale nasze mauzoleum narodowe na Skałce. Długosz, Wyspiański
i wielu innych, których znamy z dziejów polskich jako Polaków
legitymujących się dziełami reprezentującymi nasze
wartości narodowe, bo temu nie mogą zaprzeczyć nawet
najbardziej zapalczywi grabarze tych wartości. Otóż warto
spokojnie, bez histerii spytać, czy zmarły poeta tym samym się
legitymował? Opinie są podzielone i trzeba by się im sine ira
et studio przyjrzeć. Otóż jako emigrant polityczny, a takim z pewnością
był, skoro w okresie stalinowskim zbrzydził sobie służbę
w polskiej dyplomacji i – jak to się wtedy mówiło – wybrał
wolność. Jako taki z kolei automatycznie nie mógł liczyć
na darmowe apanaże, ale jak każdy musiał zdobyć na
emigracji dla siebie przyczółek egzystencjalny. Trzeba przyznać,
że zdobył niezły. Jeśli porównać np. los Lechonia,
który też był znany jako przeciwnik komunizmu, ale miał
tę drobną, wydawałoby się, skazę, że do USA
trafił nie ze stalinowskiej Polski, ale w 1940 r. z okupowanej nie przez
bolszewików, ale przez Niemców Francji, to widać, jak bardzo ważyła
okoliczność takiego odbicia się od Polski Ludowej, jakiego
dokonał Miłosz. Przecież poetą lepszym od Lechonia chyba
nie był. Któż zresztą może tu odmierzyć obiektywną
miarką ich wielkość? Ale, wiadomo, był wtedy
popyt na takich właśnie bieżeńców, zwłaszcza, jeśli
potrafili coś tam powiedzieć, co mogło być amunicją w
„zimnej wojnie”. Niekiedy bywali nią oni sami. Przecież na
takich papierach wylądował za Oceanem także płk Józef
Światło, ale USA ujawniły jego obecność dopiero po
czterech latach, w 1954 r. Światło miał dla Amerykanów o wiele
większą wartość niż Miłosz, ale temu ostatniemu
w znalezieniu punktu zaczepienia dopomogła jego poezja i okoliczność,
iż znalazł się na Zachodzie jako urzędnik
komunistycznego rządu Polski. Mógł więc, w przeciwieństwie
do Światły, z powodzeniem, niezagrożony, wykładać,
pisać, robić sobie publicity w kołach emigranckich i nie tylko.
Pisał po polsku, ale Konrad, będąc Polakiem, pisał po
angielsku. Cóż było polskiego w jego piśmiennictwie? Trudno
powiedzieć, skoro zabrakło mi na tyle hartu, by przez ważniejsze
choćby jego publikacje przebrnąć. Jedno jest pewne, że
Polakami gardził, dawał temu wyraz przy każdej okazji. I znowu
trudno powiedzieć, czy gardził też Polską, ale wypowiadał
się o niej nie jak o matce. Bardzo lubił dąć w trąbę
różnego rodzaju odmieńców, którym, nie wiadomo dlaczego, wydaje
się, że walić pod własny próg to signum wyższej
kultury, pozwalające z góry patrzeć na oszołomów, którzy
cenią tożsamość narodową, rzeczywiste, a nie mniemane,
wartości związane z naszą historią itd. I Miłosz,
czując w sobie żar proroka chłoszczącego obskurny polski
światek, doszedł w końcu do przekonania, że jest Litwinem.
Można powiedzieć, że wielu odetchnęło z ulgą –
nie wyprę się, że i ja, bo a nuż pojedzie do Kowna, bo jak
już, to już, a nawet choćby do Wilna. Mieliby Litwini noblistę,
a nam cóż by ubyło? Ale próżne nadzieje. Bo gdzież by w
tylu kadzidłach, w takiej masie czołobitności można
było się pławić, jeśli nie w Polsce, a w Krakowie
szczególnie? Ale i to nie może być problemem, każdy bowiem
wybiera sobie Sitz im Leben i ma do tego prawo. Chodzi jednak o ten Sitz post
mortem, czy można tak każdego przygarnąć na Skałkę?
I tu zaczyna się problem. Bowiem przeciwnicy dość jasno sformułowali
swe zastrzeżenia i trudno odmówić im słuszności.
Natomiast fani zmarłego poety czynią wrzask, powtarzam: fani, a nie
adwersarze, których ledwo słychać. Dziś śledziłem
Wiadomości w TVN. Wiadro pomyj wylewano na przeciwników już nie Miłosza,
ale jego pochówku na Skałce. Nikt nie trudził się o żadne
obiektywne argumenty, a racje przeciwników zbywano frazesami w rodzaju: nie
warto o nich mówić, bo są poniżej pasa. Poniżej pasa jest
coś innego. Przypisywanie całego protestu Radiu Maryja, o.
Rydzykowi, „Naszemu Dziennikowi”. To jest poniżej pasa i to wcale nie
dlatego, że atakowani w ten sposób mogą poczuć się urażeni:
jeden pies więcej, jeden mniej, którego się na nich wiesza,
nie gra roli. Chamstwo i zupełne nie liczenie się z niczym polega na
tym, że usiłuje się wmówić Polakowi, chcącemu
myśleć samodzielnie, że nie stać go na nic, czego
nie podpowie o. Rydzyk i jego publikatory. Już też nie należy
robić o. Rydzykowi aż tyle reklamy. Zwłaszcza że profanum
vulgus, czyli przysłowiowy Kowalski, może się w końcu
obrazić na te jedynie prawdomówne, opiniotwórcze, demokratyczne media,
w których można usłyszeć nawet takie rewelacje, jakoby Jan
Chrzciciel udzielał chrztu świętego pierwszym chrześcijanom!
(Wczoraj to usłyszałem, nie wiem, już w jakim programie).
Mniejsza o to, nikt autorów takich bzdur nie posądza, by o pamiętali
katechizm. Wracając jednak do sprawy zmarłego poety. Gdy słuchałem
głosów „świętego” oburzenia na kontestatorów jego pochówku
na Skałce, usłyszałem tam ze strony profesora UJ, pana J., słowo
„głupota”. Zapomniał jednak dodać, czyja. Z kolei inny
profesor tej samej uczelni, także historyk literatury, pan M., stanowczo
nazwał zamiar umieszczenia tam zwłok Miłosza nadużyciem,
czy nawet hańbą, z tym, że on powiedział, dlaczego tak sądzi.
Według niego Miłosz nie uważał się za Polaka, czemu
trudno zaprzeczyć, bo wielokrotnie to podkreślał publicznie, a
dalej, że Polsce i Polakom często ubliżał. Nawet
najbardziej bezkrytyczny miłośnik Miłosza temu zaprzeczyć
nie może. Ale ci wszyscy, którzy gotowi są to plucie uznać za
mały deszczyk, nie sądzą ani przez chwilę, że Miłosz,
mówiąc źle o Polakach, ich miał na myśli. Przecież
nie mógł mieć na myśli „elity”, która sama gotowa
odgrodzić się płotem od zwykłych zjadaczy chleba. I otóż
to jest właśnie głupota, profesorze J. Pycha, a zarazem
zginanie karku przed każdą rzekomą wielkością, pod którą
można by się podhaczyć. Tego należy się wstydzić.
O Miłoszu w diametralnie
przeciwnym sobie tonie i treści wypowiadało się dwóch historyków
literatury. Pomyślałem, czy jego poezja oceniana jest ponad wszelką
wątpliwość jako niezwykła? Sam przeczytałem kilka
jego utworów i powiem, że tłumaczenie psalmów do mnie przemówiło.
Wprawdzie bardzo lubię przekład Romana Brandstaettera, ale to chyba
kwestia subiektywnej oceny. Miłosz nie był, moim zdaniem, poetą
ani największym. ani najwięcej czytanym. Nobel zwrócił na
niego uwagę i chyba znacznie podniósł liczbę jego czytelników.
Ale wydaje się, że zapoznany Herbert był poetą lepszym. O
Noblu nie mógł marzyć, bo nie jest to nagroda dla osób
skompromitowanych takimi „brakami”, jak stałość przekonań,
umiłowanie wartości transcendentnych (niekoniecznie w znaczeniu
religijnym), słowem ludzi z charakterem, idących pod prąd,
przekonanych o swoich racjach. A przede wszystkim jest to dziś nagroda
raczej dla ludzi z lewej strony (nie mylić z komunizmem). Według
tych kryteriów Miłosz otrzymał Nobla całkowicie słusznie,
pytanie tylko, o czym to świadczy? To już trzeba samemu wydedukować.
Inny moment, który chyba w ogóle
nie został wzięty pod uwagę, to fakt, że Skałka
to teren kościelny. Kościół nie jest przedsiębiorstwem
pogrzebowym, choć w ostatnich czasach coraz więcej nasuwa się wątpliwości,
czy takowym się nie staje. Jednak pochówek w krypcie kościelnej, to
sprawa jeszcze inna. Wiadomo, jak to było z Piłsudskim, choć
Wawel można uznać za katakumby w większym stopniu ogólnonarodowe
niż Skałka. Niezależnie od stosunku do Marszałka, rację
miał wtedy abp Sapieha, choć go też zakrzyczano. Ale Piłsudski,
choć pochodził z tych samych stron co Miłosz, a Polaków
nawet bardziej niż on chłostał, to jednak był Piłsudski,
na bakier z Kościołem (czy także z Bogiem?). Ale żył
Polską. I dlatego tamten krzyk wyrażał coś innego niż
ten obecny. Tamten raził, ale nie zdumiewał arogancją, jak to
jest dziś. Miłosz, nie tak dawno, z pewną damą podobnie
jak on nagrodzoną, choć sławną z czego zgoła innego
niż on, orędowali za paradą odmieńców. Przecież
publicznie w telewizji popierał aborcję; pamiętam, jak z okazji
przyznania mu nagrody na KUL (czemu, to inna sprawa) otrząsał się,
kiedy mówiono o nim jako o katoliku. Urągał tym samym publicznie
zasadom, które Kościół musi głosić, jeśli jest
Chrystusowy; musi, choć wielu jego prominentów by tego nie chciało,
żeby nie narazić się na piętno konserwatyzmu, zacofania.
Nic dziwnego, że nie odmówiono, mimo wszystko, poecie nagrody w postaci
parceli na Skałce. To co, że prostak tego nie pojmie ? Nie musi,
wystarczy, że elita dozna satysfakcji. W trybie myślenia świeckich
jej prominentów, to nawet zrozumiałe, choć przyznam, że
wypowiedzi niektórych osób, zwłaszcza pana K., mnie zdziwiły.
Ale duchowni wodzowie powinni być ostrożniejsi, bo w kościele
ten prostak jest ważniejszy niż ktoś, kto przychodzi się
nudzić od uroczystości. Lud Boży to pojęcie, które warto
by rozumieć bardziej dosłownie.
Miłosz spocznie więc na
Skałce! Dlaczego? Powinno się odpowiedzieć: dlatego, że był
choćby przeciętnym katolikiem. Czy jednak był? To rozsądzi
Ten, który jest już dla niego jedynym autorytetem. Oby był także
dla innych!
(NPW,
Numer 9, Październik 2004)
|