Wersja polska   Polska   English version   Wielka Brytania   Version en Español    

 

Strona Główna

Organizacja

Księga Gości

Akademia Polska

Wiadomości

Poczta

Czat

Ruch Obrony Życia

Dokumenty i Materiały PSF

Humor i Satyra

Komunikaty PSF

Blog

Z życia Polonia Semper Fidelis

Solidarność

Sprawy polskie na Litwie Warto przeczytać Galerie Tragedia smoleńska
Porady Emigracyjne Polskie Drogi

Ogłoszenia

Drobne

Listy do Redakcji O nas Kontakt z nami
Wieści ze Lwowa Kluby Gazety Polskiej Książki warte przeczytania USOPAŁ Dział sportowy
Polonii Semper Fidelis
Kącik kulturalny

 

AKADEMIA POLSKA

 

Artykuły Akademii:

 

 

Zaprzyjaźnione strony:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Liczba odwiedzin:

 

 

 

Stanisław Matejczuk

Civitas Dei czy Civitas mundi ?

 

Do dzisiejszego tematu zainspirowało mnie pojęcie tzw. demokracji i jej ewolucji... Ewolucji, która wielokrotnie prowadzi współczesne jej pojmowanie do mnogości definicji, a tym samym – do widzenia tego, co dana osoba chciałaby widzieć. Najczęściej spotykanym jej wcieleniem w osądach ludzkich jest powielane hasło praw, przy totalnym pomijaniu obowiązków, spoczywających na tych właśnie, którzy z praw demokracji chcą korzystać. To właśnie jest największym zagrożeniem dla pojęcia demokracji, prowadząc wprost do anarchii.

Niestety, dzisiejsze pojęcie demokracji jest mitem, posiadającym tyle oblicz, ile wyobrażeń na jego temat. Na dobrą sprawę, mogę zaryzykować twierdzenie, że – generalnie rzecz ujmując – bardzo ograniczona mniejszość historyków czy filozofów zdaje sobie sprawę z rozmycia się tego pojęcia we wspólczesnym świecie. Nie chcę wypowiadać się na temat osób, których życiowe zainteresowania (zarówno te profesjonalne, jak i te codzienne) są dalekie od zgłębiania się w teorię demokracji jako takiej, w jej historycznej ewolucji...

We współczesnym świecie słowo: demokracja stało się niemalże synonimem szczęścia stosunków społecznych, bez wchodzenia w szczegóły. Dowolna osoba, której zada się pytanie na temat demokracji na ogół zawsze zacznie od starożytnej Grecji i ustroju państwowego, będących klasycznymi wzorcami tzw. władzy ludu (gr. demos – lud; kratos – władza). Oczywiście, zostanie to poparte frazesami na temat wolności i praw człowieka, rozumianych bardzo subiektywnie. Kalejdoskop pojęcia demokracji jako takiej będzie tym różnorodniejszy, im więcej osób w nim wystąpi. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że 90% będzie widziało w demokracji to, co chciało by z niej wziąć, bez nawet pobieżnego zastanowienia się, czego demokracja może oczekiwać od danej osoby. Najbardziej uogólniając zatem: demokracja jawi się dzisiaj jako słowo-wytrych i dla rządzących, i dla rządzonych. Pierwsza grupa uznaje w niej narzędzie do sprawowania władzy oraz sui generis słowo-symbol (w sumie o tyle warte zachodu o ile da nim się odpowiednio manipulować); druga zaś – nie znając wszystkich aspektów historycznych tego systemu władzy – podporządkowuje temu pojęciu tylko egoistyczne interesy własne, bądź własnych elit. Oba wzorce są niebezpieczne, bowiem prowadzą  w prostej linii do wypaczeń. W przypadku rządzących – do wypaczeń nadużyć władzy do totalitaryzmu włącznie. W przypadku rządzonych: do anarchii, sprowadzającej się li tylko do praw („bo mi się należy”, bo mi wolno” etc.) a nie do obowiązków. Przyjrzyjmy się jednak, jak ewoluowało samo pojęcie demokracji i jak zmienne było w czasie historycznym.

Klasyczny wzorzec demokracji greckiej opierał się bądź na zasadzie władzy, należącej do społeczeństwa (nominalnie lub faktycznie) bądź też przyznawał wszystkim obywatelom równe prawa społeczne i polityczne. Demokracja grecka zapewniała zatem sui generis równy udział w sprawowaniu włądzy przez dane społeczeństwo i jako taka była przeciwstawiana zarówno teokracji (władzy kapłanów), arystokracji (władzy rodów panujących) czy plutokracji (władzy możnych). Sofiści w V wieku przed Chrystusem niejako zebrali wszystkie atrybuty demokracji greckiej w filozoficzną całość, upowszechnioną przez Platona oraz Arystotelesa. Rzecz ciekawa, że obaj klasycy filozofii dopuszczali jednocześnie... istnienie niewolnictwa dla pozbawionych zdolności intelektualnych, którzy powinni służyć innym (w domyśle – uprawnionym dla demokracji – przyp. wł.) jako rekompensatę za kierowanie nimi.

Okazuje się, że juz w klasycznym wydaniu pojęcia demokracji nie uwzględniano jakichkolwiek swobód i praw dla absolutnie wszystkich. W klasycznej demokracji istniało więc miejsce dla – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – „równych i równiejszych”. Dlatego teza o „demokratycznym raju” już u początków istnienia zawiera w sobie podstawową sprzeczność, z której wiele osób, powołujących się na demokrację we współczesnym świecie, nie zdaje sobie sprawy.

W czasach Imperium Romanum Aurelius Augustinus, syn obywatela rzymskiego Patriciusa i chrześcijanki Moniki, później znany jako Święty Augustyn, wyłożył w dziele „De civitate Dei” własne przemyślenia,  dotyczące systemu władzy, biorąc za podstawę stronę moralną. Ostrze krytyki Świętego Augustyna wymierzone było również przeciwko idei demokracji w jej greckim kształcie. W swojej pracy wprowadził on rozgraniczenie na Civitas Dei – współżycie ludzi na zasadach moralności chrześcijańskiej - oraz Civitas mundi (czasami używa się również terminu Civitas terrena)  – prowadzącego do stworzenia jednego, światowego państwa, całkowicie laickiego, bezbożnego, antychrześcijańskiego, opartego na zaprzeczeniu Boga i Jego przykazań. Ten filozof, zwany Ojcem Kościoła, już w IV wieku po Chrystusie potrafił przewidzieć utopię pojęcia demokracji (ale nie tylko) i jego późniejsze wykorzystanie przez różnego typu ideologie, także totalitarne.

Dualizm wywodów Świętego Augustyna sprawdził się dopiero w XVIII wieku, kiedy to – na fali prądów epoki oświecenia – pojawiły się tendencje do dechrystianizacji Europy, a potem i reszty świata. Prym tutaj wiodła szkoła „encyklopedystów” (Voltaire , Diderot, d’Alambert, Helvetius, Jean Jacob Rousseau, La Mettrie i inni.)  Wzięte wprost z Ewangelii wolność, równość i braterstwo doczekały się nowej, tym razem silnie zsekularyzowanej podbudowy ideologicznej. Podbudowy, odwołującej się do demokracji helleńskiej, ale znacznie zmienionej. Odwoływano się przy tym do utopijnych, lecz chwytliwych wśród gawiedzi haseł, obiecując przy tym zburzenie dotychczasowego porządku. Zauważmy, że przy poszukiwaniu odpowiedzi na temat genezy wybuchu Rewolucji Francuskiej natkniemy się na wiele prób jej interpretacji w zależności od tego, z jakiej późniejszej szkoły filozofii dostajemy tę odpowiedź. Do tej kwestii jeszcze powrócę.

Święty Augustyn przeciwstawił budowę społeczeństwa bożego (Civitas Dei) budowie społeczeństwa światowego albo ziemskiego (Civitas mundi albo Civitas terrena). Swoje przemyślenia oparł na znanych mu dotychczasowych odmianach ustrojowych sprawowania władzy w Grecji i Rzymie. Jego pisma stały się podwaliną sprawowania władzy przez prawie całe następne 1500 lat, ustalając systemy państw i ch rządów. Obojętnie, jak by nie określić tego czasu należy stwierdzić, że został w nim silnie utwierdzony porządek świata, oparty w dużej mierze na budowie Civitas Dei. Zauważmy, że przez ten długi czas wspólnota władzy świeckiej oraz władzy bożej na ziemi, oparta na idei chrześcijaństwa, stanowiła pewien monolit, niezwykle silny swoją spójnością zarówno wśród rządzących jak i rządzonych. Nawet współcześni filozofowie czy historycy, budujący swoje teorie na antychrześcijańskich szkołach doby oświecenia, nie są w stanie zaprzeczyć, że np. Renesans, opierający się na klasyce greckiej czy rzymskiej, był w swej istocie przeciwstawieniem się budowie Civitas Dei.

Podobnie rzecz się przedstawia, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju schizmy czy wojny religijne czasów, poprzedzających dobę tzw. oświecenia. Wszystkie one sprowadzały się do interpretacji dziedzictwa bożego, do interpretacji Ewangelii. I – jakby ich nie oceniać – zawsze stały na silnej bazie chrześcijańskiej. Bardzo charakterystycznym jest tutaj postanowienie „cuius regio eius religio” (czyj kraj, tego religia) na sejmie w Augsburgu w roku 1555, a powtórzony w roku 1648 w pokoju westfalskim, kończącym wojny religijne w ówczesnej Europie. Nie chodziło przy tym o jakąkolwiek dechrystianizację, ale o różnice w wierze, spowodowane zaszłościami w ciele samego chrześcijaństwa.

Chrześcijańska zasada dualizmu  Świętego Augustyna sprowadzała się zatem do budowy Civitas Dei w różnych jej odmianach wyznaniowych. Dopiero koniec XVII wieku zaczął praktycznie sprawdzać jego teorię jako pierwociny tzw. doby oświecenia. Wtedy właśnie w Anglii i Szkocji zaczęły powstawać pierwsze regularne loże masonerii – związku tajemnego, opartego na zasadzie Civitas mundi, posługującego się okultystycznymi obrządkami „czarnych mszy” albo też – jak kto woli – „czarnych nabożeństw”. Rychło też zostały przeniesione idee Wielkiej Loży Szkockiej na teren Francji, gdzie powstały w początkach XVIII wieku pierwsze loże francuskie, znacznie radykalniejsze, z których wyłoniło się grono tzw. „encyklopedystów” (wspomnianych już uprzednio).

Powstanie masonerii i jej wpływ na dechrystianizację świata to pierwsza i zasadnicza geneza tzw. Rewolucji Francuskiej. To geneza zamachu na wszelkie wartości chrześcijańskie oraz na Civitas Dei. Nazwałbym to genezą antychrystianizmu, który ma miejsce i dzisiaj, a który przewidział już Święty Augustyn. Civitas Dei czy Civitas mundi ?... Spójrzmy teraz na Civitas mundi...

W sumie nie jest istotnym, czy weźmiemy pod uwagę masońskie loże angielskie czy francuskie, jeśli chodzi o tzw. „odbudowę demokracji”. Obie bowiem zrywały z dotychczasowym porządkiem świata, z porządkiem chrześcijańskim, zastępując je własnym „nowym porządkiem”. Obie szukały wzorca w świecie historii , któremu obce były ideały chrześcijańskie. W dodatku w świecie, który przeciętnemu europejczykowi kojarzyć się musiał (jeszcze z historii epoki Odrodzenia) ze światem i kulturą „człowieka” w jego helleńskim wymiarze. Powierzchownie nawiązywano do klasyki greckiej, na bazie której zaczęto budować własny porządek Civitas mundi.

Wspominałem już o genezie wybuchu tzw. Rewolucji Francuskiej. Wszystko, co jest przedstawiane we współczesnych podręcznikach odwołuje się do propagandowych (nie historycznych) haseł współczesnych marksistów tudzież masonerii, dla których obiektywna prawda nie jest wygodna. Spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: jak to się stało, że doszło do tzw. Rewolucji Francuskiej ?  Przecież zaczęła się ona atakiem tłumu Paryża na więzienie – Bastylię w dniu 14 lipca 1789 roku. Dzień ten co roku jest obchodzony jako święto narodowe Francji, wyznaczając sobą początek Rewolucji Francuskiej oraz zerwanie z dotychczasowym porządkiem. Czy jednak mogło do niego dojść bez przyczyny ? I gdzie tej przyczyny, a może grupy przyczyn, należałoby się dopatrywać ?

Oczywiście, jak w każdym wydarzeniu historycznym, genezy wybuchu Rewolucji Francuskiej należy się dopatrywać w kategorii przyczyn pośrednich oraz bezpośrednich. Do przyczyn pośrednich zaliczyłbym niewątpliwie długi proces indoktrynacji, zastosowanej przez loże masońskie, oparty na chwytliwych dla niezorientowanych mas hasłach wolności, równości i braterstwa, wyjętymi jako użyteczny, propagandowy slogan wprost z głębi Ewangelii. Indoktrynacji, której źródła należy dopatrywać się w liberaliźmie masońskich lóż angielskich, wyrażonym w pismach filozoficznych Johna Locke’a. I jakkolwiek loże angielskie, zainteresowane empirycznym poznaniem działania własnych idei, wolały „wyeksportować dziecię” na obcy grunt, niż eksperymentować z nim u siebie, bez wątpienia filozoficzne wnioski Locke’a można nazwać pierwocinami demokracji totalitarnej lub też liberalizmu totalitarnego. One właśnie zawitały do Francji wraz z lożami masońskimi w początkach XVIII wieku, stając się niejako „podbudową” późniejszej działalności zarówno „encyklopedystów”, jak – przede wszystkim – uważanego (myślę, że niesłusznie) za ojca demokracji totalitarnej Jeana Jacoba Rousseau. Niesłusznie z dwóch przynajmniej powodów: J. J. Rousseau jedynie rozwijał myśli J. Locke’a, wprowadzając kolejne etapy ewolucyjne do ówczesnego pojęcia demokracji; ale także z tego powodu, że – świadomie bądź nieświadomie – i Rousseau i „encyklopedyści” stawali się sui generis „poletkiem doświadczalnym” od wieków antagonistycznej dla Francji Anglii. Tutaj chyba należy dopatrywać się źródeł powstania w Anglii tzw. „demokracji liberalnej” w odróżnieniu od francuskiej wersji „demokracji totalitarnej”, czerpiącej garściami z pism J. J. Rousseau.

Widzenie nowego porządku świata według Johna Locke’a zaowocowało wielkim dziełem francuskich „encyklopedystów”: powstaniem „Wielkiej Encyklopedii Francuskiej”, którą starano się zastąpić dawne pojęcia Civitas Dei nowymi, całkowicie zdechrystianizowanymi definicjami Civitas mundi. Powstanie tego dzieła z pewnością było jedną z pośrednich przyczyn indoktrynacji ideologicznej zastosowanej przez loże masońskie, co – używając dzisiejszych pojęć nazwalibyśmy – propagandą tychże okultystycznych grup. Jest przy tym rzeczą charakterystyczną, że propaganda ta wcale nie oddziaływała na ówczesny plebs, rozwijała się głównie w środowiskach arystokracji, podatnej na nowinki wszelkiego rodzaju. Tutaj od razu mozna zadać kłam późniejszym piewcom filozofii marksistowskiej czy nawet ich patronom: Marksowi, Engelsowi i innym, wywodzącym przyczyny pośrednie wybuchu Rewolucji Francuskiej z przyczyn ekonomicznych tudzież klasowych.

Francois Babeuf za jedną z głównych przyczyn Rewolucji Francuskiej uważa „pychę narodową”, zauważając przy tym, że ekonomiczna sytuacja Francji była na tyle znośną, by usprawiedliwiało to jakąkolwiek rewolucję. Napoleon Bonaparte zaś określił przyczynę krótko: „ Rewolucja jest dziełem ideologii”. I trudno się z tym nie zgodzić. Z drugiej jednak strony należy podkreślić, że owa rewolucja była dziełem nie mas, nie plebsu, który – ulegając propagandzie tłumu, zainscenizowanej gdzieś w kuluarach – ruszył na Bastylię. Charakterystycznym jest tutaj fakt konspiracji księcia Philippe’a Egalite, który – sięgając jako książę Orleański po schedę po Ludwiku XVI, a więc i koronę Francji, bedąc jednocześnie mistrzem masonerii francuskiej, jej zwierzchnikiem i kierownikiem – dążył do usunięcia tradycyjnej monarchii katolickiej i zastąpienia jej nowym, masońskim porządkiem. Po wybuchu Rewolucji i oficjalnym zniesieniu przez Zgromadzenie Narodowe systemu feudalnego (l’Ancien Regime) zrezygnował z tytułu księcia, co jednak nie przeszkadzało, by był zwany Duc d’Orleans. Niektórzy z historyków wymieniają jego konspirację z Anglią jako bezpośrednią przyczynę wybuchu Rewolucji.

W krwawym terrorze Rewolucji Francuskiej, gdzie w samym Paryżu dzienne egzekucje na gilotynie osiągały liczbę 50 osób, budowano Civitas mundi. Tak wykuwała się demokracja totalitarna, czyli totalne zaprzeczenia starego porządku świata, budowanego na bazie Civitas Dei. Warto zauważyć, że loże masońskie w Anglii jednocześnie przeszczepiały swoje myśli neo-demokratyczne na inne „poletko doświadczalne”, jakim były Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Ustalając tam „nowy porządek świata” za pomocą emigrantów, zwłaszcza różnych odcieni wyznania protestanckiego, starały się wprowadzić „demokrację liberalną”, jako przeciwstawienie „demokracji totalitarnej” Francji. Ten model już na przełomie XIX i XX wieków „chwycił”, co nie zmienia postaci rzeczy, że – jako pragmatyczna i empiryczna – zaczęła nabierać cech mesjańskich, czyli uniwersalnych i imperialistycznych, zobowiązujących kolejne rządy USA do propagowania tego modelu na całym świecie jako jedynie słusznego. Amerykański model jest – w myśl tego przekonania – jedynie słusznym modelem demokracji, zaś wszystkie inne są ułomne, co pozwala się w polityce mieszać w sprawy wewnętrzne innych państw, by je ustrzec od „demokracji totalitarnej” Rewolucji Francuskiej. Jednakże z gruntu rzeczy – obie demokracje: totalitarna (wyrażona w pismach Marksa, a wprowadzana w życie przez władze bolszewickie) oraz liberalna, są immatentnymi, z natury swojej imperialistycznymi i materialistycznymi, dążącymi do „uszczęśliwiania” innych narodów. Obie demokracje szukają jedynie materialistycznego szczęścia, czerpiąc z Civitas mundi. Jednakże obie odmiany neo-demokracji, wykuwanych w lożach Wschodu i Zachodu zjednoczą się w XX wieku w pędzie do idei stworzenia jednego Światowego Państwa.

Poświęćmy chwilę, by zastanowić się na temat kierunku, nadanego neo-demokracji przez jednego z jej ojców,  Jean’a Jacoba Rousseau. Jego pisma stanowią niejako bazę dla zrozumienia późniejszych etapów ewolucji owej neo-demokracji aż do czasów nam współczesnych. Przede wszystkim podstawy neo-demokracji, wyrażone przez Rousseau zawierają – nieznane klasycznej demokracji – elementy rewolucyjne, a więc totalitarne. Wymienię tylko kilka z całej gamy „podstaw totalitaryzmu”:

  1. Widzenie człowieka nie jako osoby ludzkiej, lecz jako „jednostki”, czyli pewnego aspołecznego indywiduum, które jako takie może i powinno być traktowane przedmiotowo, nie zaś podmiotowo. Czy tutaj od razu nie przypomina się jeden z bardów sowieckiej poezji Majakowski ? Jakże wyraziście pisał on w jednym ze swoich wierszy: „...jednostka niczym !... jednostka zerem !...”
  2. Pojęcie społeczeństwa – według Rousseau – to nie skutek społeczny osoby ludzkiej ale jakaś zastępcza idea „umowy dobrowolnej stada”, a może i sui generis „kontraktu przedmiotów” ? Nic bardziej fantazyjnego...
  3. J.J. Rousseau nie oparł swego pojęcia prawa ani na prawie naturalnym ani nawet na bazie zdroworozsądkowej, lecz na niezidentyfikowanym „prawie kaduka” niezidentyfikowanego „ludu”. Pod to – oczywiście, można podpiąć wszystko, co się podoba władcom, a czego jaskrawym przykładem były rządy komunistyczne. Prawo ludu to rządy bez odpowiedzialności, bo owo magiczne słowo „lud”, odmieniane przez wszystkie przypadki, wykorzystywane propagandowo przez władców, aż do zbrodni ludobójstwa włącznie, stanowią dobitny przykład prostej ewolucji neo-demokracji Rousseau, kosmetycznie „udoskonalonej” przez Marksa, Lenina, Stalina czy Hitlera... Wszyscy pamietamy nawet tytuły prasowe typu: „Trybuna Ludu” i wiele im podobnych oraz pusty slogan o „ludzie pracującym miast i wsi”, który spowodował wielką emigrację „ludu pracującego wsi” do miast, by zmieścić się pod wspólnym mianownikiem „robotniczym”. Karol Marks, pisząc swój „Kapitał”, dodał do bazy filozofii Rousseau (sam żył w wieku industralizacji kapitalistycznej) kolejne elementy, stawiające robotnika w fabryce ponad rolnika, widzianego najczęściej jako wyzyskiwacza. To późniejszy element „rozkułaczania” oraz kolektywizacji doby leninowsko-stalinowskiej. Ale też doby hitlerowskiej, gdy na bazie socjalistycznej (nie, nie prawicowej, jak to się utarło w propagandzie lat późniejszych) Niemcy pod przewodem Adolfa Hitlera stworzyły równoległą do stalinowskiej, propagandę śmierci. Słowo „lud” – bezosobowe i pozbawione jakichkolwiek ludzkich uczuć – pojawiło się w hitlerowskich Niemczech wraz z NSDAP. Była to kolejna odmiana neo-demokracji Rousseau, tyle że nastawiona na socjalizm narodowy. A więc – demokracja i socjalizm tak, lecz tylko w obrębie jednego narodu. Dokładnie tak, jak to opisał Rousseau... Dlatego uważam, że np. „Noc Długich Noży” jest równoważna napadowi plebsu na Bastylię... A wypadki późniejsze, tzn. wykluwanie się III Rzeszy w rzeziach są równoznaczne z gilotynami Rewolucji Francuskiej. Bezosobowe słowo „lud” znowu zaczęło być używane w tytułach prasowych („Volkische Beobachter” –podstawowe narzędzie propagandy NSDAP) czy nawet w nazwie fabryki Volkswagen (samochód ludowy), otwartej symbolicznie w 1937 roku osobiście przez Adolfa Hitlera.
  4. Z tym wszystkim wiąże się pojęcie „woli ogólnej”, wyrażanej w pismach J.J. Rousseau, czyli woli owego, niesprecyzowanego „ludu” (la volonte generale). To bardzo ciekawe stwierdzenie, które później miało wielki wpływ na wydarzenia wieków XIX i XX. To jest dokładne zaprzeczenie (pomimo wydźwięku propagandowego, jaki władcy sowieccy czy hitlerowscy starali się temu nadać) pojęcia demokracji w klasycznym jej rozumieniu. Pamietamy, że nawet w klasycznej demokracji nie było miejsca dla niewolników czy osób, które z tych czy innych względów, powinny być od demokracji odsunięte. W świetle doktryny Rousseau owa „wola ogólna” nie zależy od jednostki, lecz jest przekazywana metodą pewnej „alienacji” woli ogółu, czyli owego „ludu”. Przekazując swą wolę „ludowi” jednostka przestaje się liczyć... Czy znowu trzeba cytować Majakowskiego ? To jest nie tylko zaprzeczenie klasycznej demokracji wraz z jej plusami czy minusami – to jest wprost jej zaprzeczenie, stwarzające w prostej linii ustrój, gdzie niewolnictwo jest mile widziane. Klasyczna demokracja doby hellenistycznej też tak to ujmowała, tyle że miała na to pewne antidotum. Grecka demokracja nie niewoliła własnych obywateli państw-miast, a przepisy, dotyczące niewolników odnosiły się jedynie do tych, którzy albo byli skazani za czyny kryminalne w obrębie własnego miasta, albo też byli brańcami podczas wojen. W obu przypadkach aeropag jednakże określał liczbę lat, po której – wykazując się lojalną służbą – mogli być owi niewolnicy uwolnieni. Faktem jest, że często posługiwano się przy tym metodą ostrakońską czyli pewnego rodzaju wróżby z rozbitych glinianek, ale faktem jest, że wszelkie wyroki były dotrzymywane...
  5. Następnym z pojęć, które J.J. Rousseau rozpętał dla Rewolucji Francuskiej (a i późniejszych) było pojęcie „suwerenności”, którą jest przypisana wyłącznie owemu bezosobowemu „ludowi”. Znowu dążymy do tego samego punktu, gdy „suwerenność państwowa” nie zależy od podmiotu, lecz od nieopisanego przedmiotu... Teraz, zwłaszcza w dobie Unii Europejskiej, to bardzo charakterystyczne zjawisko. „Lud” chciał – „lud” przystąpił... Tyle, czy temu „ludowi” kapnie cokolwiek ? To pytanie bez odpowiedzi. Podobnie „lud” przystępował do budowy socjalizmu, żyjąc orgiami pieśni i poezji, prezentowanymi na żywo czy też w prasie...
  6. Innym pojęciem jest pojęcie „wolności”, szumnie propagowanym na prawo i lewo przez Rousseau, marksistów i obecnie, w środkach masowego przekazu. To pojęcie jest wręcz utożsamiane ze wszelkim rodzajem despotyzmu czy tyranii. Dlaczego ? Ano dlatego, że od razu u podstaw pojęcia „wolność” pojawia się pytanie: co to pojęcie naprawdę znaczy ? Czy to znaczy, że wolno mi, co chcę ? Nie... Istnieje coś takiego, jak obowiązek. Obowiązek wobec rodziny, przyjaciół, kraju... Czy to znaczy, że mogę robić, co mi się podoba, bo to jest wolność ?... Też nie... Jeśli tak byśmy spojrzeli na wolność, to w prostej drodze wiodłoby nas to ku anarchii... Anarchii, gdzie liczy się tylko pytanie: co mi wolno, ale nie ma pytania: czego inni, moja Ojczyzna ode mnie oczekuje...Hasło wolności było nadużywane przez Rewolucję Francuską, która odarła z przywileju „wolności” wszystkich nieprawomyślnych, a jej egzekucje nie kończyły się na tym... Masowe ludobójstwo w myśl haseł wolności bylo propagowane i w dobie leninizmu-stalinizmu, i w dobie hitleryzmu... a i w dobie Ki-Ir-Sanizmu i epoce tzw. czerwonych Khmerów, kiedy tak prosto było przełożyć język Rousseau a potem Marksa z przewodniej roli „ludu miast i wsi” na język „przewodniej roli ludu wsi i miast”.

No ale chyba tego wystarczy, odnośnie podbudowy pism J.J. Rousseau. Nie zamierzam ich analizować, ale przyznam, że wiele do myślenia daje również ewolucja Konstytucji Zgromadzenia Narodowego Francji... Zainteresowanych tam odsyłam...

Odsyłam również do dzieł L.J. Talmona, który wspaniale określił i opisał drogę Rousseau do demokracji totalitarnej. Talmon jasno widzi w demokracji totalitarnej , że isrtnieje tam tylko jedna „prawda polityczna”., a jest nią sui generis polityczny mesjanizm. Talmon uważa go za doskonały... Uważa, że tę „wolność” – jako najwyższą wartość – czyli brak przymusu, można rozgraniczyć od demokracji totalitarnej Rousseau. Nie widzi jednego, że przymus totalitarny jest bliski przymusowi ekonomicznemu, który sprawia, że sui generis niewolnik powstaje nie dzięki przymusowi ustroju liberalnego jego pseudo-demokracji, ale że ta pseudo-demokracja liberalna działa poprzez ekonomię. Ekonomia jest prostym przymusem, zniewalającym poszczególne kraje ale też zniewalającym poszczególne jednostki widziane jako jednostki, a nie byt człowieczy...

W dzisiejszym świecie Civitas mundi totalnie zastąpiło Civitas Dei... Czy nam wszystkim wygodnie z tym ? Czy naprawdę czujemy się dzięki temu bardziej braterscy, równi i wolni ? Odpowiedzmy sobie we własnym sumieniu...