ppor. AK Władysław MATIAS

 Przydział: Kedyw, okręgi Lwowski oraz Krakowski Armii Krajowej

 

Wspomnienia

Zdjęcia

Dokumenty

 

Wspomnienia własne ppor. Matiasa

(zachowujemy pisownię oryginału - Redakcja)

 

23 września 1979 roku postanowiłem pisać o jeszcze niezatartych zupełnie przez czas przeżyciach, jakie miały miejsce pomiędzy rokiem 1939 aż do dnia, kiedy wreszcie skończył się ten koszmar. Chodzi mi głównie o to, by nie poszły w zapomnienie nazwiska tych, którzy ginęli za wolność Ojczyzny, zaginęli lub przeżyli, ale uważają, że to z perspektywy lat epizody walk z okupantami ze względu na ciężar wagi nie są po prostu warte ogólniejszego opisu. Ja też tak myślałem aż do chwili, gdy 23 września 1979 roku spotkałem się z kolegami w kościele farnym w Rzeszowie na uroczystości, o jakiej od 35 lat w PRL nawet marzyć nie było można ze względu na "reakcyjność" tejże.

Jedyna ostoja Polskości tj. Kościół pozwolił sobie i tym, którzy nie zapomnieli kim są, kim byli i kim być powinni - na oddanie hołdu w najsławniejszym kościele Rzeszowa - Polsce i jej poległym i żyjącym Żołnierzom. Mszę odprawił sam biskup Tokarczuk, a ks. Stączek z ambony nawiązał do Europy, która bez Wolnej Polski nie może być wolna. Po odczytaniu apelu poległych została odsłonięta tablica pamiątkowa przez ks. biskupa Tokarczuka. Ta wzniosła chwila była przeżyciem raczej przykrym, bo któż z nas przypuszczał, że tyle lat od pamiętnego 1939 roku do chwili obecnej nie będzie wolno nam Polakom, na własnej ziemi, głośno myśleć o naszej Ojczyźnie i Jej prawach w rodzinie Wolnych Narodów. Nie bolą rany i razy zadane przez okupanta, ale kiedy rolę okupanta przejęli "ludzie" o najniższych instynktach, urodzeni na naszej ziemi, za którymi stoi cała armia rosyjskiego zbira - te rany bolą. Nie jesteśmy winni tego stanu rzeczy - więc trwajmy dalej.

Nigdy nie zapomnę tragedii wywożonych obywateli polskich w głąb Rosji, ani głosowania w 1940 roku za przyłączeniem ziem naszych do ZSRR. Kilku zasmarkanych kudłajów [pisownia oryginalna - przyp. Zespołu] na czele z Wandą Wasilewską i moim byłym nauczycielem Różańskim, którzy krzyczeli z trybuny "haj żywe Ukraina i ZSRR, smert polskim zachwatczykom". Maszerowaliśmy ulicami i przed tą przeklętą trybuną jeszcze w naszych granatowych szkolnych mundurkach, a obok nas nasi prawdziwi wychowawcy, którzy błagali, byśmy nie niszczyli wręczonych nam transparentów i spokojnie się zachowywali. Bramy i wyloty ulic były obstawione przez NKWD i wojskiem, a w pasażu stały auta pancerne. 

W kilka lat po tej tragedii nastąpiła druga: przesiedlenie. Zrozpaczeni ludzie nie wiedzieli co brać, co zostawić. Ile można było zabrać na furmankę w przypadku chłopa, czy do walizki w przypadku mieszczucha.Z drugiej strony placówki AK bestialsko tropiono i niszczone przez NKWD nie mogły dostatecznie zabezpieczyć wysiedlanych przed rabunkami i mordami ze strony UPA, którym nierzadko pomagali i zachęcali sowieci. Po przegrupowaniu zostało nas trzydziestu. Mieliśmy zabezpieczyć i zapobiec rzezi kilku wiosek: Marianpol, Ponowice, Wołczków, Podhajce i wiele innych przy okazji. Co prawda nie wszyscy z placówek zostali zdekonspirowani i mieli broń, ale oficjalnie nie mogli z niej korzystać. Więc konno i pieszo krążyło się wokół tych i innych wiosek, by nie dopuścić do ostatecznej zagłady miejscowej ludności polskiej.

Warunki, jakie powstały w 1939 roku po czwartym rozbiorze doprowadziły do tego, że dziecie kilkunastoletnie stawały się dorosłymi, często jedynymi żywicielami swoich rodzin. Ciągły strach przed aresztowaniem i wywózką do Rosji doprowadziły do tego, że młodzież i ci wojskowi, którzy cudem nie zostali rozpracowani przez NKWD - zaczęli tworzyć tajne organizacje i zbierać broń. Sytuacja była beznadziejna, a system policyjny rozwinięty do takich rozmiarów, że trudno sobie wyobrazić. Do tego trzeba dodać Żydów i Ukraińców, którzy z sadystyczną wściekłością niszczyli wszystko, co polskie i co po polsku myślało.

Masę filmów nakręcono o Oświęcimiu i innych obozach zagłady, ale gdyby ktoś pokusił się odtworzyć tamte czasy tj. od 1939 roku do 1941 roku i od 1944 roku do 1980 roku to prawdopodobnie nikt by nie uwierzył, że coś podobnego mogło się dziać w XX wieku w sercu Europy. Nie próbuję o tym pisać, tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć i przeżyć, aby można było uwierzyć. W takich warunkach walczyliśmy nie tylko o wolność, ale przede wszystkim o godną śmierć. Nie w kazamatach więziennych i tajgach syberyjskich ale na wolnym powietrzu z bronią w ręku na polskiej ziemi.

Walerian i Jerzy Ssakowie starsi ode mnie o kilka lat byli pierwsi, z którymi czy raczej poprzez których związałem się z konspiracją. Co prawda, nie wtajemniczali mnie w szczegóły, ale kazali zbierać broń, nikomu o tym fakcie nie mówić i czekać na dalsze instrukcje. W 1939 roku od listopada do 6 grudnia zgromadziłem dwa karabiny, pięć jaszczy amunicji, siedem pistoletów i paczkę granatów. Ssakowie mieszkali na terenie szkoły zawodowej stolarskiej, w której ich ojciec był tercjanem. Łatwo więc było znaleźć miejsce do ukrycia znalezionej broni. Schowek na broń był dobrze zamaskowany i łatwo dostępny dla wtajemniczonych. Wejściowe trzy schody drewniane prowadzące do mieszkań świetnie maskowały wejście do obszernego bunkra. W sumie uzbieraliśmy 11 karabinów, 23 pistolety, 1 rkm typu "Browning", 1 rusznicę przeciwpancerną produkcji polskiej, nie licząc amunicji i granatów. Niezależnie od braci Ssaków, to samo robili Władysław Burmiński i Zdzisław Zięba, moi starsi koledzy szkolni z 3-go gimnazjum. Im też pomagałem w zbieraniu broni. Ze wszystkich, z którymi byłem związany więzią tajemnicy - najpoważniejszym konspiratorem był mój najbliższy sąsiad Tadeusz Strzelecki podoficer 11 palu. Znał mnie parwie od dziecka. Jedyną naszą wspólną tajemnicą w tych czasach było wydobycie z szamba dwóch "Visów" do którego matka Strzeleckiego je wrzuciła w 1939 roku.

W 1940 roku, 2-go maja zostali aresztowani przez NKWD bracia Walerian i Jerzy Ssakowie. Około lipca tego roku aresztowani zostali Władysław Burmiński i Zdzisław Zięba. O tych aresztowaniach powiedziałem Strzeleckiemu, bo przekonany byłem, że ten sam los i mnie może spotkać. Strzelecki uspokoił mnie, ale na wszelki wypadek dał mi ampułkę z trucizną.

Był rok 1941, w maju tegoż roku Strzelecki pod nieobecność mojej matki przyszedł do mnie do mieszkania i powiedział wprost, że spodziewa się aresztowania. Więc na wszelki wypadek powiedział mi, że jeśli kiedykolwiek by został aresztowany i do 3 dni nie wrócił do domu, to żebym wywiesił na budynku państwa Kiblerów małe ogłoszenie traktujące o sprzedaży pianina. Tadeusz Strzelecki został aresztowany dosłownie na dwa tygodnie przed wojną sowiecko-niemiecką tj. w czerwcu 1941 roku. Bracia Ssakowie na pewno popełnili samobójstwo po aresztowaniu przez NKWD, natomiast po Strzeleckim ślad zaginął - nie wiadomo co się z nim stało.

Na nasze tereny jako pierwsze wkroczyły wojska węgierskie, a w dwa lub trzy dni niemieckie. Każdy zdawał sobie sprawę, że Niemiec to nieprzyjaciel, ale okres okupacji sowieckiej doprowadził do tego, że ludzie z radością godzili się na zamianę na to drugie lepsze zło. Jedyną zaletą sowieckiej okupacji było wyleczenie z komunizmu wszystkich komunistów i to nie tylko z ideologii, ale fizycznie - wystrzelali wszystkich. Zaraz po ucieczce sowietów, około szóstej rano udałem się na dziedziniec w nadziei, że może nie zdążyli wywieźć wszystkich więźniów. Widok był straszny: sterty trupów zalegały cały dziedziniec. Dzieci, kobiety, mężczyźni w mundurach, ubraniach cywilnych - większość pomordowanych była porozbierana do naga. Prawie wszyscy pomordowani mieli duże sińce po lewej stronie klatki piersiowej. Żołnierze węgierscy filmowali i fotografowali to straszne widowisko. Później weszliśmy (mam na myśli żołnierzy węgierskich i ludzi, którzy przyszli szukać swoich bliskich) do budynku więziennego. Piwnice były pełne trupów. Tutaj więźniowie ginęli od kul i trójkątnych bagnetów. Tak samo wyglądały wyższe kondygnacje. Krew zalegała korytarze i schody. Jak ten widok przeżyli żywi naoczni świadkowie - nie podejmuję się tego opisać.

Rozpoznałem wielu znajomych, ale wśród pomordowanych nie znalazłem moich kolegów. Za to ocaleli: Burmiński Władysław i Zięba Zdzisław, ale jakim cudem, nie mam pojęcia. Co prawda opowiadali różne historyjki, moze fakt ten kiedyś ktoś wyjaśni. 11 listopada 1941 roku Burmiński i Zięba po raz drugi zostali aresztowani, ale tym razem przez Gestapo - ślad po nich zaginął. Magazyn z ich bronią zabrali sowieci, natomiast broń zmagazynowana przez braci Ssaków i Strzeleckiego ocalała. Stanisław i Zdzisław Kiblerowie uciekli do Rumunii, w domu pozostała ich siostra Lucyna.

Sytuacja w tym czasie uległa zmienie na lepsze, więc broń z obu schowków tj. braci Ssaków i Strzeleckiego przeniosłem do domu Lucyny Kibler, która dosłownie niczego się nie bała. O ogłoszeniu, traktującym o sprzedaży pianina byłbym zapomniał, bo od chwili wywieszenia upłynęło około miesiąca i nic się nie działo, chociaż wszystko zrobiłem w terminie, o co prosił Strzelecki. Myślałem nawet, że to ogłoszenie jest już nieaktualne, ale na wszelki wypadek ogłoszenia tego nie zdejmowałem.

Pod koniec czerwca lub na początku lipca 1941 roku zjawiła się "Madzia", dziewczyna około 20-letnia. Pod pozorem zaprowadzenia jej do brata kolegi wyciągnęła mnie z domu i dopiero na ulicy powiedziała mi o faktycznej przyczynie odwiedzin. Pytała o Strzeleckiego. Kiedy powiedziałem jej, co się stało ze Strzeleckim i nadmieniłem o pianinie - wtedy powiedziała, że może ktoś przyjedzie z kolegów Strzeleckiego i szerzej o nim ze mną porozmawia. Jeszcze tego dnia przed wieczorem przyszedł średniego wzrostu, krępy pan, o ciemnych oczach i czesanych do góry włosach. Bez żadnego wstępu zapytał wprost, co mi przekazał Strzelecki. W obawie, czy przypadkiem nie mam do czynienia z prowokatorem odpowiedziałem, że nic poza wywieszeniem ogłoszenia, ale to było za sowietów i że teraz na pewno to nie ma żadnego znaczenia. "Pamiętaj - powiedział - w tej chwili jesteś żołnierzem, a przed tobą stoi oficer WP. To, że mi nie wierzysz to dobrze robisz, bo się nie znamy, ale zaraz się poznamy. Otóż wczoraj byłem u pani Bilińskiej (nazwisko ojczyma, matka Strzeleckiego wyszła za mąż po raz drugi), bo tam zostawiłem w 1939 roku mój pistolet i mundur. Mundur zabrali w czasie aresztowania Strzeleckiego sowieci, a pistolet pani Bilińska wrzuciła do szamba, skąd jak wiem, razem z Tadeuszem wydobyliście go i jest prawdopodobnie przez Ciebie przechowywany." Podał nawet numer tego "Visa". Teraz musiałem mu wierzyć, więc opowiedziałem mu wszystko.

Od tego spotkania nie wolno mi było z nikim na te tematy rozmawiać, miełaem czekać na dalsze wydarzenia. Minęło kilka tygodni od chwili tego spotkania, gdy około października 1941 roku przyszedł ten sam brunet, tylko przebrany w mundur pracownika elektrowni i kazał sobie pokazać ogródek państwa Nanowskich. Kiedy zaprowadziłem go do ogródka, pooglądał go i po chwili poszedł w kierunku ulicy Lelewela, a mnie kazał czekać. Po chwili wrócił z jeszcze jednym, nieco starszym panem, który ciągnął dwukołowy wózek, na którym były zwoje drutów i duża skrzynka drewniana na narzędzia. Kiedy upewnili się, że mogą zacząć robić, brunet wlazł na słup telefoniczny, a ten drugi zaczął obok słupa kopać. Ja miałem za zadanie robienie wszystkiego, by pani Nanowska nie weszła do ogródka. Za 20 minut było po wszystkim: brunet zlazł ze słupa, podszedł do wykopu i z tym drugim wyciągnęli dość pokaźną skrzynkę, którą zaraz włożyli do tej skrzynki narzędziowej, która była na wózku. Dół zasypali, wyrównali i odjechali.

Teraz potoczyło się wszystko bardzo szybko. Za kilka dni po zabraniu tej skrzynki zjawiła się u mnie łączniczka "Dorota". Powiedziała, że przysyła ją ten czarny tj. porucznik "Jarema", który poleca mi za dwa dni wyjechać do Stryja i zgłosić się u kolejarza Lechowicza. Oczywiście, podała instrukcję, gdzie i co mam robić. Przyjechałem do Stryja i jak się okazało - nie musiałem nikogo szukać - czekał na mnie sam "Jarema". Przespaliśmy się u Jego znajomych, a rano pojechaliśmy do Chodorowa. W Chodorowie czekał na nas "Andrzej" - dowódca oddziału leśnego i "Draża" - jugosłowianin i z nimi dojechaliśmy furmanką do placówki w Korczunku Daszawskim. Tam przeszedłem szkolenie obchodzenia się z różną bronią palną i jej używaniem. Po egzaminie dostałem kontakty na Korczunek i dwa punkty rozpoznawcze na Chodorów.

Po 10-ciu dniach w Chodorowie pojechałem z "Jaremą" do Lwowa. Zmęczeni, przenocowaliśmy u znajomych "Jaremy". Rano po śniadaniu "Jarema" uroczyście oznajmił mi, że dzień dzisiejszy zaprowadzi mnie na nieznane mi "wyżyny" lub bardzo szybko do grobu. I, że od dnia dzisiejszego tj. 5 marca 1942 roku przechodzę do pracy ciekawej ale bardzo niebezpiecznej, pod inne dowództwo. Po śniadaniu, gdzieś około 11-tej udaliśmy się na ulicę Młyńską (przedtem Murarska na Bajkach), gdzie weszliśmy do bardzo ładnej kamieniczki o numerze 26. W mieszkaniu była tylko młoda i ładna dziewczyna, która poczęstowała nas herbatą i smaczną końską kiełbasą. Około godziny 13.00 weszło do mieszkania dwóch wysokich i przystojnych panów: jeden brunet z wąsikiem, drugi lekko pochyły, szpakowaty w okularach.Ten szpakowaty, po przywitaniu się z nami, z uśmiechem zapytał "Jaremę": "to Ty takich 'staruszków' uważasz za godnych partnerów na stryczek ?" Po chwili, zwracając się do mnie dodał: "nie martw się chłopie, ani wiek, ani wygląd zewnętrzny w naszej robocie nie mają znaczenia, chociaż... Ważny jest Twój spryt, odwaga, zdecydowanie i inteligencja, którą jak na Twój wiek masz na wyrost." Po zapoznaniu mnie z celami (za kilka miesięcy AK), co będę robił i co mnie za to czeka w razie aresztowania, przystąpili do ceremonii zaprzysiężenia. Ta młoda dziewczyna przyniosła krzyż i dwie świece. Położyła na stole i po chwili złożyłem przysięgę. Był to pamiętny dzień 5 marca 1942 roku.

Jak się później dowiedziałem, tym szpakowatym panem był "Szarotka" - dowódca Okręgu Lwowskiego AK. Tak się zaczęło to drugie moje życie okupacyjne. "Stefan", pod którego dowództwem przetrwałem wojnę nie tylko rozpoczął moją edukację wojskową, ale przede wszystkim zrobił wszystko, abym się stał pełnowartościowym i pożytecznym w przyszłości człowiekiem. W tym jeszcze czasie nie zdawałem sobie w pełni sprawy, co to jest Oddział do Specjalnych Poruczeń Dowódcy Okręgu i jaką rolę ma do spełnienia. Oprócz podręczników, dobierał świetnych wykładowców, było ich sporo i mogli mi dużo czasu poświęcić ze względu na to, że się sami ukrywali.

Nigdy nie zapomnę profesora matematyki i fizyki z Politechniki Krakowskiej, który w ciągu jednego roku potrafił niemal cały materiał z matematyki i fizyki z zakresu szkoły średniej wtłoczyć w mój skołatany łeb. Nigdy nie znałem jego prawdziwego nazwiska, za to znałem jego kolegę, świetnego chemika i fizyka Stefana Blocka czy Blocha, który wprowadził mnie w arkana pirotechniczne: robienie pułapek, wysadzanie mostów, wiaduktów, pociągów itp., robienie zdjęć i języka niemieckiego. Nie wiem, co się z nimi stało.

Około czerwca 1942 roku zostałem formalnie i faktycznie wcielony do grupy AGP tj. Akcja Gestapo, Policja i SD. Z tego, co wiem, było nas trzynastu oprócz łączników. Byłem najmłodszym, pozostali mieli za sobą przebytą służbę wojskową i świetnie znali się na wywiadzie wojskowym. "Stefan" był majorem, a z zawodu farmaceutą lub lekarzem. To właśnie dzięki "Stefanowi" zawsze byłem zdrów i mogłem poznać ciekawych ludzi z różnych środowisk. Poznałem m.in. słynną niegdyś córkę Didura, olgę, w jarosławskiej aptece, którą prowadziła jego siostra. "Jarema" był urodzonym żołnierzem, twardy, skryty i zarazem romantyk. W owym czasie miałem do czynienia z solidnymi i porządnymi ludźmi. Resztę z tej trzynastki raczej nie znałem, bo charakter naszej pracy na to nie zezwalał. Działaliśmy raczej w pojedynkę, a grubsze "roboty" robiłem zawsze ze "Stefanem" i "Jaremą", a w razie potrzeby dobierało się ludzi z placówek, oddziałów lub z terenu, którzy bez zbędnych pytań ,usieli nam pomóc. Kwaterowało się też w pojedynkę z nieodstępną ampułką trucizny. Szkolenia ogólnowojskowe odbywały się na placówkach lub oddziałach leśnych w różnych terenach. Szkolenia specjalistyczne w ramach podchorążówki odbywały się w ilości po trzech - w zależności od nabytych doświadczeń i stażu w terenie - skracano nam czas szkolenia i wykorzystywano tam, gdzie byliśmy potrzebni. W tym też czasie duży nacisk kładziono na szkolenie w zakresie "SIPu" tj. Informacji i Propagandy. Teren naszej działalności praktycznie był nieograniczony. W ślad za rozpracowywanym "obiektem" jeździło się często po całej Guberni. Najczęściej jednak do województw: krakowskiego, lubelskiego, warszawskiego i tarnopolskiego. Do najgorszych "robót" należały tzw. "holowania cichociemnych" lub warszawskich łączników. Nasi podopieczni nigdy nas nie znali, a naszym zadaniem było ich bezpiecznie dowieźć na miejsce, lub nie dopuścić do ich aresztowania bez względu na skutki do zabójstwa włącznie.

Pod koniec 1942 roku zostaje aresztowany mój wujeczny brat Topolnicki Leopold. Podczas rewizji gestapo znalazło radiostację i pistolet. Nie miałem wówczas zielonego pojęcia, że on też jest w naszej grupie i że miał z nami jakieś powiązania. Po jego aresztowaniu nie wolno mi było spotykać się z rodziną. Wiedziałem, że jego wpadka jest poważna, ale nie do tego stopnia, jakie miało to w rzeczywistości miejsce. Aresztowanie brata było zagadkowe, a zagadkę tę za wszelką cenę Komenda Okręgu chciała rozwiązać: czy aresztowanie było zwykłym przypadkiem, czy też w komórce tej jest wtyczka. W 1943 roku około marca zjawił się w mojej kwaterze "Stefan" z wiadomością, że brat mój jeszcze żyje, i że więziony jest na Łąckiego. Wszystkim, którzy do niego dotarli nie udało się z nim dogadać - po prostu nikomu nie wierzył. Więc ze względu na powagę zagrożenia muszę do niego dotrzeć, bo tylko mnie bedzie mógł zaufać. Przy okazji dowiedziałem się, że wykopana w ogrodzie pani Nanowskiej przez "Jaremę" skrzynka mieściła w sobie pułkową radiostację, a schował ją tam Tadeusz Strzelecki. Tę właśnie radiostację zabrali gestapowcy od brata. 

Dostać się do kompanii wartowniczej, która pełni służbę w więzieniu nie było trudno. "Stefan" szybko uporał się z dokumentami na moje normalne nazwisko. Potem załatwił szybkie przejście przez "Volkszug" i do 10 dni stałem się "rasowym volksdeutschem". Zgłosiłem się z podaniem i dokumentami do naczelnika więzienia Bacikowa. Po godzinnej indagacji zostałem przyjęty i zakwaterowany w koszarach. Na drugi dzień zostałem umundurowany i uzbrojony w karabin i pistolet, ale do wnętrza więzienia nie wolno mi było wchodzić. Po kilkunastu dniach jest wreszcie okazja wejść "służbowo" do więzienia. Otóż Niemcy przywieźli z obławy masę ludzi i nie mieli miejsc w celach, więc zatrzymanych umieścili w korytarzach, co wymagało wzmocnienia straży. W międzyczasie zdążyłem się zaprzyjaźnić z gestapowcami Drozdem Mieczysławem, Kucharskim Bronisławem i Poldkiem pochodzącym z Rumunii, mówiącym po polsku (pochodził z Czerniowiec) i innymi, których nazwisk już nie pamiętam. I jeszcze jeden: Sztioer Stanisław, Niemiec urodzony w Polsce i mówiący po polsku. Ci wszyscy wyżej wymienieni przeze mnie pracownicy lwowskiego Gestapo byli porządnymi ludźmi: wszyscy zostali zwerbowani do AK. Nie wiem na pewno czy to się stało na podstawie moich raportów przekazywanych do Centrali. O ich przynależności do AK dowiedziałem się później, ale o tym napiszę dalej.

Przez trzy dni pełniłem służbę z Drozdem i Poldkiem ("Rumunem"), przy których "swobodnie" mogłem szukać brata. W żadnej celi go nie znalazłem, więc próbowałem dowiedzieć się czegoś od Żyda-dentysty więziennego (lekarz ten wojnę przeżył - spotkałem się z nim w Krakowie w 1945 roku).Od tego lekarza dowiedziałem się, że brat mój został przewieziony w stanie obłędu i krańcowego wyczerpania: nic nie mówił i o własnych siłach nie mógł się poruszać. Pod koniec kwietnia 1943 roku został wywieziony w nieznanym kierunku z kilkoma oficerami sowieckimi. 

Po tej misji, z "rezydencji" "Stefan nie śpieszył się mnie ściągnąć i nie wiem jak długo musiałbym tam być, gdyby nie doszło do pewnego wydarzenia. Otóż stałem na warcie przy ulicy Pełczyńskiej. Z wolno jadącego tramwaju wyskoczył znajomy o nazwisku Dubois, podszedł do mnie i powiedział: "Mietek Drozd popełnił samobójstwo w domu swojej dziewczyny, za pół godziny będą po Ciebie. Mam dla Ciebie pieniądze i wyjazd służbowy do Stryja. Na stacji hasło "świeca", idź za tym, kto po Ciebie przyjdzie." W Stryju czekał na mnie pan Lechowicz, u którego się przebrałem, a rannym pociągiem udałem się z łącznikiem do Wołczkowa koło Mariampola gdzie u Józefa Augustyniaka (był sołtysem), a poźniej w Mariampolu u Szczygielskiego Władysława, zatrzymałem się około 8 dni. 

Jak się okazało, we Lwowie żadnej wsypy nie było. Drozd Mieczysław zabrał po prostu od Żyda-ruszkokarza, zatrudnionego w zbrojowni Gestapo, pistolet maszynowy (sportowy) jakiegoś oficera. Rusznikarz z kolei powiedział, że prawdopodobnie pistolet ten omyłkowo mógł zabrać Drozd. Tu należy się małe wyjaśnienie: otóż ten rusznikarz tygodniowo "kombinował" około 20 pistoletów, które między innymi przekazywał Drozdowi. Rusznikarz ten do niczego się nie przyznał, a że był świetnym fachowcem - zostawili go w spokoju. Po kilku dniach rusznikarz ten został przez "Jaremę" wykradziony, a następnie wywieziony ze Lwowa. Wojnę przeżył u "Andrzeja" jako rusznikarz.

Wracając do Drozda - właściciel pistoletu, szukając Drozdy, przyszedł do koszar, nigdzie Drozdy nie znalazł (Drozda w tym czasie był u swojej dziewczyny), powiedział dyżurnemu, że jeśli przyjdzie Drozda, to żeby go nigdzie nie wypuszczał z koszar aż do jego przyjścia. Zaznaczył przy tym, że to bardzo ważna sprawa. Gdy Dubois dowiedział się o ty, zawiadomił "punkt" o wsypie, której faktycznie nie było, ale na wszelki wypadek między innymi i mnie musieli ściągnąć - jak to się mówiło - z "rezydencji". Dubois dotarł też do Drozda, a ten z kolei wyjrzał oknem na ulicę i zobaczył, że kilku cywili i mundurowych biegnie w kierunku budynku, w którym przebywał u swojej dziewczyny, był przekonany, że to po niegoidą, a uciekać nie mógł - wyciągnął pistolet i wystrzałem w usta odebrał sobie życie.

Tu należy przypomnieć, że tereny wschodnie były szczególnie trudne dla działalności konspiracyjnej, a zwłaszcza dla podziemia polskiego. Żydzi, Rosjanie, Ukraińcy, Niemcy jakby się sprzysięgli przeciw Narodowi Polskiemu i za wszelką cenę chcieli wyniszczyć ludność polską w imię "Wolnej Ukrainy", "Komunizmu" czy "Faszyzmu". Leżało to zresztą w interesie polityki niemieckiej i rosyjskiej: jedni dla uspokojenia tyłów frontu, drudzy w celach zaborczych. W tym pzrypadku jedynym wyjściem i koniecznością była walka bronią wroga. Podziemie polskie było wszędzie: w policji niemieckiej, ukraińskiej i tam, gdzie byli potrzebni. Najlepiej niech ten fakt zobrazuje piosenka, którą kiedyś śpiewano: "a u nas w kompanii jest wiara morowa, ostban, schutzpolicja i gestapo ze Lwowa". 

Jako "spalony", na odmianę zostaję przeniesiony "prawie legalnie" do wywiadu węgierskiego 1B. Tu czułem się jak u swoich. Przede wszystkim odprężyłem się nerwowo i spokojnie spałem. Jako pracownik czy jako żołnierz węgierski mogłem bez większego ryzyka poruszać się po całym terenie, gdzie tylko stacjonowały wojska węgierskie. Legalnie mogłem nosić broń i korzystać z wojskowych środków transportu. W tym czasie to było bardzo dużo. Jeśli dodać do tego, że szef tej komórki 1B był przyjacielem "Stefana", mówiącym po polsku, słowacku, niemiecku i francusku, do tego nienawidził Sowietów i Niemców - prawdziwa "sielanka". Większość materiałów filmowych była obrabiana w pracowni 1B, gdzie też pracował Polak o imieniu Janusz. Urządzenia pirotechniczne, jak i materiały wybuchowe też dostawałem od tego "Słowaka", bo angielskie "okówki" nie zawsze działały zgodnie z instrukcją do tego stopnia, że z "Opiunem" Tadeuszem Raliniakiem z Kolonii Przędzel koło Rudnika nad Sanem, bylibysmy wysadzili pół Rozwadowa.

Około połowy roku 1943 zaczęło się dozbrajanie placówek i oddziałów leśnych. Nieocenieni byli w tym przypadku oficerowie i żołnierze węgierscy. Za wódkę i żywność Węgrzy kupowali od Niemców i Włochów masę broni, natomiast swoją dawali za darmo, bo "Madziar i Polak Ruska i Germana pucu". Za niecałe dwa miesiące przy pomocy "Słowaka" (taki miał pseudonim kapitan węgierski z Oddziału 1B), przekazałem 930 sztuk broni w tym 6 sztuk ckm i 9 sztuk rkm.

Zbliżał się front. Trwały walki o Tarnopol, Warszawa przygotowywała się do powstania, a pozostałe tereny do akcji "Burza". W tym czasie znałem tylko jedną prawdę, że po San dojdą sowieci i że przez jakiś czas będziemy pod panowaniem sowietów. O następstwach politycznych, jakie wynikły po wojnie, a za które na pewno są odpowiedzialni byli nasi sprzymierzeńcy, nie miałem pojęcia. "Stefan" zawsze powtarzał: "walczyć musimy by przetrwać, a to co później się stanie, za to nie będziemy odpowiedzialni".

Rozpoczęła się wreszcie akcja "Burza", a z nią stałe krążenie po kraju. Kedyw krakowski w kierunku Lwowa prowadził "Sylwester". Po drodze Jarosław "Tadeusz" i "Sęp". W Przemyślu "Kruk". Na kierunku Rozwadów - Mielec - Lublin "Kłos", "Śląski" z którymi najlepiej się pracowało. Prawie 1943-1944 rok wspólnie ze "Śląskim" i jego szefem żandarmerii Raimanem Tadeuszem "obrabialiśmy" teren od Jarosławia po Lublin, Mielec, Tarnów, Przeworsk, Rozwadów, Biłgoraj, Janów Lubelski. "Śląski" był swietnym konspiratorem, odważny i zawsze wiedział, co robi. Był wierny ideałom, o które walczył aż do chwili stracenia przez UB w Rzeszowie w 1949 roku. Grupa nasza działała nadal samodzielnie w oparciu o oddziały leśne i placówki. Teren był duży, sięgał bowiem od Lwowa, Stanisławowa, Tarnopola, Czortkowa, Stryja po wyżej wymienione miejscowości. 

Jeśli piszę o sobie to tylko po to, by lepiej było można zrozumieć moje powiązanie z tymi ludźmi i wydarzeniami. Jak na wstępie nadmieniłem, chcę pisać o ludziach i faktach, o których nieliczni wiedzą, lub nikt już nic nie wie. Na samą myśl, że za kilka miesięcy mają przyjść sowieci - niedobrze mi się robiło. Do dnia dzisiejszego żywo tkwi w mojej pamięci kronika filmowa z 1940 roku jak Mołotow i Ribbentrop stają przed mapą Europy i "wykreślają z mapy Polskę, bekarta wersalskiego". Jak płacze i jęki wywożonych na Sybir niewinnych ludzi docierały do pobliskich domów, a nikt im pomóc nie mógł. I teraz ci sami oprawcy wracają, by dokończyć dzieła rozpoczętego wspólnie z Niemcami. 

W 1944 roku sowieci weszli już na tereny Polski. Następują dyslokacje oddziałów leśnych i punktów kontaktowych. "Słowak" w tym czasie daje mi do dyspozycji samochód półciężarowy i trzech zaufanych żołnierzy, przy pomocy których ściągamy z terenu sprzęt nasłuchowy. Wracając z Olesiowa zauważyliśmy grupkę ludzi z podniesionymi rękoma, których konwojowali ukraińscy policjanci. Grupka ta wyszła z lasu i udawała się w kierunku wsi. Byłem przekonany, że prowadzą kogoś z placówki. Gdy podjechaliśmy bliżej okazało się, że Ukraińcy prowadzą skoczków sowieckich z radiostacją. Ponieważ w pobliżu nie było wojsk niemieckich, postanowiłem tych sowietów odbić. Ukraińcy chętnie oddali nam skoczków w nadziei, że my ich dostarczymy Niemcom. Sowietów policjanci powiązali i wsadzili do wozu, pojechał też z nami komendant posterunku. Gdy odjechaliśmy na bezpieczną odległość, jeden z Węgrów rozbroił policjanta, odprowadził w zarośla i zastrzelił. Po tym wszystkim zapytałem skoczków, gdzie chcą się dostać. Jeden z nich powiedział, żeby podwieźć ich bliżej Czarnego Lasu, bo tam ktoś na nich czeka. Przy rozstaniu jeden ze skoczków, mówiący świetnie po polsku dał mi kartkę z numerkiem i powiedział, że gdyby mi się po wkroczeniu wojsk sowieckich jakaś krzywda działa, to żebym podał ten numer, a nic mi się nie stanie. Z tego numerka nigdy nie skorzystałem.

Na krótko przed powstaniem dostaję rozkaz przerzutu specjalnej grupy za San. Za kilka dni przedostaję się z 27 osobową grupą do Jarosławia, którą zakwaterowałem u Rożka w stodole na "Podlądziu", przedmieściu Jarosławia. Z drugą grupą idzie za mną "Stefan" i zatrzymuje się w Jarosławiu u Bednarskiego Bronisława, ogrodnika. Do trzech dni zostajemy przerzuceni za San. Kontakt dla nas zostaje u fryzjera Buczka i Burego Jana w Jarosławiu. Wracamy z powrotem do Lwowa. We Lwowie przygotowania do walki z Niemcami. Sowieci są bardzo blisko Lwowa - Niemców bez trudu wypędzamy ze Lwowa - przychodzą sowieci. We Lwowie i innych miastach i miasteczkach werbunek do wojska. Aresztowania AKowców, którzy w porę nie umknęli lub tego zrobić nie mogli. Wpada Sztab. Oddziały leśne i kto żyw ucieka za San. 27 Dywizja Wołyńska w rozsypce. Za Sanem oddziały leśne trwają jeszcze w lasach. AKowców za Sanem sowieci traktują "ulgowo", ale nas ze wschodu tępią bez litości. Nie mamy wyboru, bo ujawnienie jest równoznaczne z deportacją do Rosji, a tam wiadomo co może nas czekać. O pomocy Warszawie z naszej strony nie ma mowy, bo przez front sowiecki trudno się przedostać. "Sulima" - jak zresztą my wszyscy w Okręgu Rzeszowskim - jesteśmy niemile widziani - po prostu boją się. UB każdego podejrzanego o przynależność do AK wydaje NKWD. Tak upragniony koniec wojny staje się koszmarem. Teraz nie ma żadnego wyjścia: kto przeżył jedną okupację, ginie w drugiej. W jednym przypadku ginie się za Polskę, w drugim za to, że się o nią walczyło. Wszyscy, którzy z tym stanem rzeczy nie mogli się pogodzić, do dnia dzisiejszego nie mają ustabilizowanego życia.

Po Powstaniu Warszawskim "Stefan" i "Jarema" zbierają wszystkich z terenu i wracamy za San. U "Ojca Jana" "Stefan" demobilizuje naszych chłopców i prawie wszystkich przerzuca na Zachód, a mnie i "Meka" Smetaniuka Mieczysława zostawia przy sobie. Jeździmy w tym czasie często do Lwowa i Stanisławowa, by jak na początku nadmieniłem, w ramach naszych możliwości ratować wszystko to, co jest jeszcze do uratowania. Po 9 maja 1945 roku, tuż po dokonanej pacyfikacji przez sowietów na nasze oddziały w okolicach Leżajska, w Kuryłówce, "Stefan" wyjeżdża do Krakowa, gdzie montuje siatkę przerzutową, a ja z "Mekiem" zostaję u "Śląskiego" w Leżajsku. Sytuacja zmienia się z dnia na dzień na naszą niekorzyść. Ci, którzy się ujawniają - najczęściej ślad po nich ginie: są wywożeni do Rosji lub więzieni przez UB. Rosjanie i ich metody postępowania z podbitymi narodami na ogół nie są znane w tych stronach - jak to się mówiło - "za Sanem". Dowódcom, działającym po tej stronie Sanu czy Bugu trudno było zrozumieć, że żadne konwencje międzynarodowe nie są przez Rosjan przestrzegane. Hasła mówiące o równości, niezależności, niezawisłości i że "nie matura lecz chęć szczera zrobi z Ciebie oficera" itp. robią swoje.

Pacyfikacje, łatwy dostęp do odpowiedzialnych stanowisk i pracy przez nieodpowiedzialnych ludzi, "awanse" społeczne itd. Dzielono sotatecznie społeczeństwo na "my" i "wy". Następują pacyfikacje z dużym udziałem wojsk sowieckich. Często dochodzi do bratobójczych walk. Konsekwencją tych działań przeciw byłym oddziałom AK są aresztowania, pierwszy wsypy i "wtyczki", które zaczynają przenikać prawie że wszędzie. W tej sytuacji "Śląski", jako zawsze ostrożny i znający metody postępowania NKWD, poprzez "Stefana" wciąga mnie i "Meka" do ochrony terenu przed wywiadem NKWD i UB. Stocki Kaziemierz ps. "Jacek" pełni nadal w tym czasie funkcję oficera łącznikowego. Męciński Bogusław ps. "Władka", po kilku "lewych skokach" z pełną kiesą wyjeżdża na Zachód, zdając sobie sprawę, co go za to czeka. Do pracy w "Ochronie Terenu" "Śląski" ściąga jeszcze Helona Henryka z Jarosławia, a Dudę Teodora zobowiązuje na terenie Jarosławia do obserwowania ujawnionych dobrowolnie byłych AKowców. Zaznaczam, że Duda Teodor jako przedwojenny obwodowy podoficer żandarmerii całą okupację współpracował z nami tj. z "Majorem", "Stefanem" i "Jaremą". Ostatecznie "Śląski" decyduje się na ratowanie tych resztek ludzi spalonych, którym ze względu na przeszłość konspiracyjną grozi największe niebezpieczeństwo.

W związku z tym postanawia w pobliżu granicy czeskiej i niemieckiej tj. na Śląsku pozakładać bazy przerzutowe. "Śląski" ma zamiar przede wszystkim bazować na "wschodniakach", którzy świetnie znali metody działania NKWD i UB. W ty też celu wysyła na Śląsk całą naszą trójkę tj. mnie - Matiasa Władysława ps. "Siwy", "Wrzos", "Maciek", Smetaniuka Mieczysława ps. "Meku" i Helona Henryka ps. "Huragan". Misja nasza miała się odbyć w tajemnicy. Zaopatrzeni w "dobre" dokumenty przyjechaliśmy do Bytomia. Z zakwaterowaniem i nawiązaniem kontaktów ze "spalonymi" nie było problemów, bo w tym czasie "wschodniaków" było wszędzie pełno, natomiast gorzej szło z załatwieniem konkretnej sprawy tj. związaniem się z kimś zorganizowanym i pewnym. Po kilku dniach wyjechaliśmy z powrotem do Leżajska, by zorientować "Śląskiego" w sytuacji.

W międzyczasie, pod naszą nieobecność "Śląski" rozmawiał o naszym wyjeździe z "Wołyniakiem", a ten z kolei opowiedział o tym fakcie "Sępowi". "Sęp" podczas dyskusji z "Wołyniakiem" na tematy związane z ewentualnym przerzutem oddziału i innych osób przekonał go, że lepiej bazować na starych znajomych i działających na Śląsku aniżeli zaczynać od niepewnego "zera". Na wszelki wypadek "Sęp" dał kontakty "Wołyniakowi" na "Tatara", "Tadeusza", profesora Filanowskiego i kilku innych, przebywających aktualnie w tym czasie na Śląsku ludzi z podziemia. "Slaski" był bardzo niezadowolony z gadatliwości "Wołyniaka" i jak się później okazało, miał ku temu powody. Dostałem od "Śląskiego" wyżej wymienione kontakty z ostrzeżeniem i nakazem, byśmy działali bardzo ostrożnie i nie zdradzali prawdziwego celu naszej misji.

Z Bytomia pojechaliśmy do Gliwic, gdzie w tym czasie przebywał "Tadeusz", kończył właśnie ostatnie przygotowania do wyjazdu na Zachód i proponował nam wspólny wyjazd. Jednak z wiadomych przyczyn z propozycji musieliśmy zrezygnować. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się udać do "Tatara". Na "Tatara" nie mogliśmy "złapać" kontaktu, więc udaliśmy się do Filanowskiego. Filanowski był w tym czasie wiceprezydentem Gliwic i zajmował się wysiedlaniem ludności niemieckiej. Jako długoletni więzień Oświęcimia niewiele orientował się w całości spraw, związanych z konspiracją w PRL - dla niego czas zatrzymał się w miejscu, a każdy Polak był Polakiem. Helon jako Jarosławianin szubko doszedł z Filanowskim do porozumienia, a zwłaszcza jak dowiedział się o naszych powiązaniach z "Sępem". Zaproponował nam pomoc w przerzucie nas i naszych kolegów legalnie jako Niemców na Zachód. Filanowski miał kontakty na "Tatara" i przez niego na "Centralę Śląską".

Do spotkania z "Tatarem" doszło za trzy dni, a z "Centralą" w dwa dni później. "Tatara" znałem dobrze jeszcze z oddziału "Ojca Jana" więc wszystko poszło gładko, ale w dalszym ciągu ani Filanowski ani "Tatar" nie znali prawdy, czego faktycznie szukamy.

W imieniu "Centrali Śląskiej" wystąpił kapitan "Lawina", którego poznaliśmy w mieszkaniu Filanowskiego. "Lawina" po zorientowaniu się z kim ma do czynienia proponuje nam pracę w śląskim terenie z zakwaterowaniem włącznie. Aby nas upewnić, że właściwie trafiliśmy i żeby zrobić na nas odpowiednie wrażenie, na trzeci dzień wysyła nas: mnie i "Meka" do "Ognia" w sprawie likwidacji i przerzutu oddziału jego za granicę, a Helona do "Bartka" w tej samej sprawie. "Ogień" bardzo nieufnie podszedł do tej propozycji, a szczególnie do "Lawiny", o którym nigdy nie słyszał, zaś "Bartka" uważał wręcz za idiotę, który ślepo wierzy nieznanym i niesprawdzonym ludziom. Po przyjeździe z waksmundu od "Ognia" powiedziałem "Lawinie" - ukrywając prawdę - że "Ogień" owszem, w zasadzie zgadza się na przerzut, ale nie w tym terminie, który mu nie odpowiada. Helon do "Bartka" pojechał jak na gotowe, bo "Lawina" od dawna znał się z "Bartkiem". 

Pod pozorem porozumienia się z "Wołyniakiem" w sprawie ewentualnego przerzutu jego oddziału, Helon, ja i "Meku" udaliśmy się do Leżajska. Od "Śląskiego" dowiedziałem się, że "Stefan" miał w Krakowie większą wsypę i musiał wyjechać za granicę, a sprawa "Centrali Śląskiej" wydaje mu się mocno podejrzana, mimo że jest tam "Tatar". "Śląski" mimo wszystko decyduje się wysłać na "lep" "Wołyniaka", przy pomocy którego będzie można lepiej rozeznać sytuację. Wyjeżdżamy więc w 10-tkę z "Wołyniakiem" na czele do Gliwic, o czym oprócz "Śląskiego" wiedział również "Sęp". Na miejsce przyjechaliśmy późną nocą i zakwaterowaliśmy się na niespalonych dwóch kwaterach. Dopiero na czwarty dzień miało dojść do spotkania z "Tatarem" i "Lawiną". Przed spotkaniem poszliśmy do restauracji, której właścicielem był nasz człowiek, jeszcze dobrze nie rozsiedliśmy się, gdy w drzwiach lokalu pojawiło się kilkunastu uzbrojonych ludzi z UB. Oczywiście, nie czekaliśmy aż do zamknięcia nam drogi. Z miejsca wywiązała się strzelanina, kilku z UB padło w drzwiach, a reszta zaczęła się wycofywać na bezpieczną odległość. W tym czasie wykorzystujemy zamieszanie i kilkoma granatami torujemy sobie drogę przez zaplecze restauracji i bez strat docieramy do Zabrza, a stamtąd, różnymi drogami i środkami lokomocji, po kilku dniach docieramy do Leżajska.

Po zdaniu relacji z tego, co wydarzyło się w Gliwicach "Śląski" powiedział: "już mam wtyczkę, a Ty uważaj na Jarosław i nie spuszczaj z oka "Sępa". Ze Śląska ostrożnie i bez pośpiechu ściągaj ludzi." Zrozumiałem z tego wszystkiego jedno, że oprócz "Sępa" nikt nie wiedział o naszym wyjeździe, a "Wołyniak" jest w tak zażyłych stosunkach z "Sępem" i na tyle obeznany z sytuacją wokół niego, że raczej z nim na te tematy lepiej nie rozmawiać - zupełnie zdziczał w lesie.

"Centralę Śląską" trzeba było szybko "rozgryźć". Wyjechałem na powrót do Gliwic, ale moich kolegów nie zastałem - wyjechali do Słupska wysłani przez "Lawinę" na rozeznanie możliwości odbicia więźniów z miejscowego więzienia. "Lawina" kazał przy okazji przeprosić "Wołyniaka" za nieudane spotkanie i obiecał wysłać kogoś do Leżajska. Na drugi dzień pojechałem do Słupska i chyba w samą porę. Co tam miało się dziać, tego nie wiem, ale nie podobała mi się myśl, by część pozorowała napady na sklepy (co miało odwrócić uwagę UB), a pozostali mieli zająć się samym więzieniem. Helon i "Meku", którzy wyjechali prędzej z Leżajska ode mnie, nie mogli uwierzyć by "Tatar", "Sęp" czy "Lawina" mogli zajmować się nieczystą grą. Po "rozróbce" w Słupsku powróciłem do Gliwic, a z Gliwic do Zabrza, by przekazać relację z pobytu w Słupsku "Majce" - Stanisławowi Pelczarowi i "Dąbkowi", którzy byli łącznikami między mną a "Śląskim". Obaj kwaterują u Eugeniusza Skoczylasa z Rudnika nad Sanem, który w tym czasie prowadzi prywatny zakład fotograficzny w Zabrzu pod nazwą "Mimoza". 

"Lawina" był bardzo niezadowolony z okoliczności, które nie doprowadziły do spotkania z "Wołyniakiem". Próbuje po raz drugi, ale na terenie Leżajska przez swojego łącznika, nawiązać bezpośredni kontakt z "Wołyniakiem". Do tego celu Stanisława "Nowinę", którego mnie przedstawia i z którym od tej chwili będę stale razem. Zostałem przekwaterowany do "Nowiny", gdzie poznałem jego kolegę "Korzenia". Teraz mam prawie codziennie ciekawe spotkania: poznałem "Bajana", "Ikara" (obaj z Tarnowa) i "Irenę". "Bajan" i "Ikar" byli zbiegami z krakowskiego więzienia na Montelupich, a "Irena" sekretarką naczelnika więzienia, z którego przy jej pomocy wszyscy zbiegli. Odwiedziliśmy też chorego "Bartka" i jego zastępcę "Rysia". Później poznałem niemal wszystkich chłopców z "Bartka" oddziału.

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu z "Nowiną" do Leżajska. Uprzedziłem "Śląskiego" o moim przyjeździe z "Nowiną" do "Wołyniaka" przez "Majkę". Obecność "Nowiny" została świetnie wykorzystana przez "Śląskiego". Przede wszystkim "Nowina" został rozpracowany jako pracownik UB z Katowic przez nieżyjącego już pracownika UB z Jarosławia Wawrę i jeszcze dwóch z UB rzeszowskiego, a "Wołyniak" dowiedział się, kogo "Nowina" zna z naszych terenów obecnie przebywających na Śląsku. Okazało się, że żelaznym argumentem w każdym przypadku był major "Tatar", były zastępca "Ojca Jana". Więc "alibi" mocne. Po "udanym" spotkaniu "Nowiny" z "Wołyniakiem" dostaję rozkaz od "Śląskiego" szybkiego powrotu z kolegami do Leżajska, powiadomienia "Ognia" i "Bartka" o grożącym niebezpieczeństwie, a "Tatara" przy pierwszej okazji za wszelką cenę zlikwidować. Pośpiech był o tyle ważny, by przed dotarciem wiadomości do UB o śmierci "Sępa" wycofać się z zagrożonego terenu. Tu małe wyjaśnienie: "Śląski" po rozpracowaniu "Sępa" przy wydatnej pomocy Dudy Teodora, ustala na 100%, że "Sęp" od dłuższego czasu współpracuje z UB. Pod pozorem spotkania z kimś ważnym z Londynu, wyciągnął "Sępa" do miejscowości Czarnej pod Tarnowem, przesłuchał a następnie w obecności Majera Tadeusza rozstrzelał.

Na miejscu w Gliwicach, w dniu przyjazdu z "Nowiną", zostaję zaprowadzony do domu "Lawiny", gdzie poznaję "mojego szefa", żonę i jej brata Zdziśka. "Lawina" z "Nowiną" w drugim pokoju na pewno rozmawiali o "Wołyniaku", a ja w jadalnym z żoną i szwagrem "szefa" raczyłem się kolacją i z umiarem alkoholem. Późnym wieczorem, tuż przed wyjściem z mieszkania "Lawiny", Zdzisiek szeptem powiedział: "Uciekaj bo to UB". Prawie całą noc nie mogłem spać. Dręczyły mnie myśli, co się dzieje z kolegami. Z "Nowiną" żyłem w przyjaźni, bo wydawał mi się jakiś inny, był bardziej ludzki i nie pasował jakoś do tej bandy zbirów. "Nowina" czuł, a raczej przeczuwał, że wiem, kim jest, a jednak nic mu nie robię. Wiedziałem, że prędzej czy później i na mnie przyjdzie kolej, ale z gry nie mogłem się wycofać bez zagrożonych kolegów, tak po prostu sam. Nawet pod nieobecność "Nowiny" "Korzeń" próbował namówić mnie na zlikwidowanie jakiegoś "niebezpiecznego" partyjniaka. Zorientowałem się, że "Korzeniowi" chodzi o wciągnięcie mnie w pułapkę i zrobienie ze mnie bandyty, rabującego z bronią w ręku, co z kolei dawało UB świetną pozycję wyjściową w stosunku do mnie - albo kara śmierci za bandytyzm, albo współpraca. Powiedziałem "Korzeniowi", że nikogo jeszcze za przekonania nie zabiłem, a rabunkiem się brzydzę. Najprawdopodobnie ta rozmowa zaważyła na moich dalszych losach.

Czasu pozostało niewiele, więc "Majkę" i "Dąbka" uprzedziłem, żeby jak tylko kogoś z kolegów spotkają, to niech natychmiast każą im opuścić teren i sami niech też wyjeżdżają. Ja natomiast pojechałem do "Ognia", by go oficjalnie uprzedzić przed "Tatarem", "Lawiną" i w ogóle o grożącym niebezpieczeństwie. Z "Oginiem" co prawda dobrze się nie znałem, ale zaryzykowałem powiedzieć mu o moich spostrzeżeniach. "Ogień" wysłuchał mnie, podziękował, a nawet zadeklarował się mi pomóc gdyby taka potrzeba zaistniała. Do "Bartka" nie było po co jechać, bo nikt by mi nie uwierzył, a poza tym nie było z kim rozmawiać. Zastępca "Bartka", "Ryś" i jego brat "Kuba" to ludzie, którym nie można było ufać. Natomiast "Wichura" zawsze był nieuchwytny i nigdy nie mogłem z nim porozmawiać. Na wszelki wypadek pojechałem do Musornego pod Baranią Górą do górali, u których czasami się zatrzymywał i przez nich chciałem ostrzec "Wichurę" i resztę oddziału "Bartka przed wsypą. Jak się później okazało, częściowo mi się to udało.

Do Gliwic wracałem z niechęcią, ale musiałem się czegoś dowiedzieć. Wróciłem około południa. Na kwaterze zastałem "Baśkę" i "Czesię" od "Bartka", które po obiedzie zakomunikowały mi, że mam dzisiaj wieczorem tj. 11 listopada spotkać się z "Lawiną" w Zabrzu o godzinie 19.00 na Placu Zwycięstwa w bardzo ważnej sprawie. Do Zabrza pojechałem wcześniej i z poczty zadzwoniłem do Skoczylasa Eugeniusza, który był właścicielem zakładu fotograficznego "Mimoza". Skoczylas pochodzi z Rudnika nad Sanem i z całą rodziną był związany z AK i u niego zawsze zatrzymywał się "Majka". Powiedziałem Skoczylasowi o mojej sytuacji i poprosiłem, że jeśli do dwóch dni do niego nie zadzwonię, to niech da znać "Opiunowi" lub komuś z Leżajska, że wpadłem w ręce UB, oraz niech wszystkich naszych chłopców nakłoni do natychmiastowego wyjazdu do Leżajska. Przeczucie nie zawiodło: o 19.00 przyszedłem na miejsce spotkania. Zamiast "Lawiny" podszedł do mnie "Korzeń", z którym miałem udać się do "Lawiny". Kiedy doszliśmy do ulicy Bytomskiej, przed jakąś bramą zostałem uderzony czymś w głowę i dopiero na piąty dzień, kiedy odzyskałem przytomność zrozumiałem, że jestem w jakimś więzieniu, a "Korzeniowi" - oczywiście - "udało się" zbiec. Leżąc na pryczy pod ścianą usłyszałem czyjś głos z sąsiedniej celi. Jak się okazało, w ścianie była mała dziura przez którą - ku mojemu zdziwieniu - wzywał mnie "Wichura" z oddziału "Bartka". Od niego dowiedziałem się, że ze mną przywieziono jeszcze dwóch, z tym jednak, że tamci zmarli bez pomocy lekarskiej nie odzyskawszy przytomności, a ja przeżyłem. Opowiedział mi jak "Lawina" podstępnie przy udziale "Bartka" rozbroił oddział pod pozorem przerzutu oddziału w inny teren i wpakował w zasadzkę, z której nikt żywy nie wyszedł. "Bartek", "Ryś" i "Kuba" w zasadzce nie byli. Moje ostrzeżenie w Musornym na tyle się przydało, że większość ukrywających się w tym terenie, znaczących w konspiracji ludzi, nie tylko z tego terenu w porę zdążyli się przenieść, a tym samym uniknęli wpadki.

Dalsze losy "Bartka" po ujawnieniu się (z "Rysiem" i "Kubą" w 1947 roku) są następujące: w 1947 roku po ujawnieniu zostaje zastrzelony przez milicjanta w knajpie w jakiejś górskiej miejscowości, a "Ryś" i "Kuba" Przewoźnikowie cieszą się do dnia dzisiejszego zdrowiem w Kamyszycy Śląskiej. "Wichura" został rozstrzelany około 20 listopada 1946 roku, a jego żona po odbyciu kilkuletniego więzienia mieszka gdzieś w okolicy Bielska Białej.

W tejże celi na ścianie odnalazłem nazwisko Henryka Mrzygłoda z Leżajska, który drugim rzutem z nami przyjechał na Śląsk. Na drugi dzień po odzyskaniu przytomności zostałem doprowadzony na pierwsze przesłuchanie. Gdy stanąłem przed obliczem niskiego, szczupłego blondyna w wieku około 40 lat, nie miałem wówczas pojęcia, że on uratuje mnie nie tylko od śmierci.

Gdy zostaliśmy sami ten właśnie - jak się okazało szef UB w Będzinie Gajda - pooglądał mnie i zapytał co mnie sprowadziło na Śląsk. Odpowiedziałe, że przyjechałem z Helonem i "Mekiem", a resztę on zna. Powiedziałem tak celowo, bo miałem nadzieję, że takim zeznaniem doprowadzę do konfrontacji i że wreszcie coś się dowiem. Gajda jakby odgadł moje myśli, powiedział mi, że ich już nigdy nie zobaczę, ale dobrze jadę. Powiedział też, że muszę jeszcze trochę wytrzymać, bo w stosunku do mnie i "Majki" "Lawina" nie ma złych zamiarów, ale jeśli czymś się sypnę albo powtórzę komuś naszą rozmowę - pójdę za kolegami. Zrozumiałem, ale nie uwierzyłem. Po powrocie do celi oddziałowy przyniósł mi buty, spodnie i bluzę. Cały ten przyodziewek nie do mnie należał, prawdopodobnie od początku aresztowania byłem w bieliźnie. Z łatwością rozpoznałem, że buty były "Meka" Mieczysława Smetaniuka, spodnie Henryka Helona, a marynarka Mrzygłoda Henryka.

Rano na drugi dzień przesłuchiwał mnie porucznik Michał Michalak. Sam nie bił, za niego robiło to trzech oprawców. Po "nauce myślenia", kiedy ci trzej oprawcy wyszli z pokoju, wszedł szef UB z Bedzina Gajda. Popatrzył na mnie i na Michalaka, kiwanął głową i wyszedł. Gdy zostałem z Michalakiem ten łagodnie powiedział, że ma dla mnie coś do zjedzenia i muszę to przyjąć i zaraz zjeść, reszta będzie zależała tylko ode mnie i szefa. Intuicyjnie czułem, że coś się dzieje, ale o co chodziło tego nie wiedziałem. Michalak coś pisał gdy ja jadłem. Zorientował się, że jestem na wpół przytomny i że odruchowo zaspokajam tylko głód, kazał odprowadzić mnie do celi. Na drugi dzień rano przyjechał z Katowic kapitan Kac - Żyd z Tarnopola. Na pytania, które mi zadawał byłem raczej przygotowany, bo dotyczyły "Sępa" i chodziło mu głównie o to, gdzie on w tej chwili może być. Po ściągnięciu paznokci z dwóch palców prawej ręki obcęgami, mówiłem to samo: że po wyjeździe na Śląsk "Sęp" był w Jarosławiu i tam na pewno jest. Po tym przesłuchaniu Kac odjechał, a przyszedł Gajda, który wspólnie z lekarką doprowadzili mnie "do porządku". Gdy przyszedłem trochę do siebie i lekarka wyszła, Gajda powiedział, że muszę jeszcze trochę wytrzymać, bo w stosunku do mnie i "Majki" "Lawina" nie ma złych zamiarów. Już po raz drugi to powtórzył.

Na "Majkę" mogłem liczyć. Był co prawda prymitywnym człowiekiem, ale dobrym Polakiem. Jednym słowem Gajda zrobił dobrą robotę, ale dlaczego to robił ? Śledztwo przeszło możliwie. Obraliśmy właściwy kierunek obrony i przy tym trzeba przyznać, że "Lawina" i "Nowina" w tym nie przeszkadzali. Wyraźnie dawało się wyczuć, że mnie i "Majkę" traktują "ulgowo". Jak się później okazało, w UB byli święcie przekonani, że ja i "Majka" nic nie wiemy i w niczym się nie orientujemy. Łagodniejsze traktowanie mnie i "Majki" przez UB - o czym teraz jestem święcie przekonany, było spowodowane interwencją Stanisława "Nowiny". "Nowina" intuicyjnie był przekonany, że od początku naszej znajomości wiedziałem, kim jest, a mimo wszystko przeżył. Może i ten fakt miał jakiś wpływ na inne traktowanie nas, że nie dopuściłem do rozstrzelania dwóch milicjantów, których "Ogień" chciał rozstrzelać - mieli po kilkoro dzieci. Poza tym po prostu mnie lubił.

Pobyt w więzieniach w Katowicach, Warszawie i Wronkach to inny rozdział życia, a do 1949 roku upłynął względnie możliwie, aż do chwili aresztowania Kazimierza Stockiego ps. "Jacek", Bogusława Męcińskiego ps. "Władka", Sienka z Błażowej, "Mewy", "Śląskiego", Majera Tadeusza, Rajmana Tadeusza, Misztala i innych. Nikt z nich oczywiście nie wiedział, że żyje i co się ze mną dzieje, więc wszystko zwalali na nieżyjących, a w tym przypadku i na mnie. Aby lepiej zrozumieć tamte tragiczne lata i nie mylić łajdaków z porządnymi ludźmi, do wyżej wymienionych osób chciałbym dodać kilka wyjaśnień: Kazimierz Stocki ps. "Jacek", urodzony i wychowany w Leżajsku, żołnierz AK, a pod koniec okupacji pełnił funkcję oficera łącznikowego w oddziale "Ojca Jana", a później u "Śląskiego". W 1946 roku aresztowany przez UB i jako nierozpoznany, podpisuje współpracę z UB i wychodzi na wolność po dwóch dniach. Wyjeżdża do Wrocławia, a w 1948 roku zostaje ponownie aresztowany. Jako AKowiec i współpracownik UB - grozi mu kara śmierci. W areszcie rzeszowskim i w więzieniach, gdzie przebywał - ściśle współpracuje z UB z całym oddaniem - bardzo dużo wyrządził ludziom krzywdy.

Męciński Bogusław ps. "Władka", urodzony w Ulanowie nad Sanem. Przedwojenny oficer WP i jeden z pierwszych partyzantów w ugrupowaniu "Ojca Jana". Po 1945 roku żeni się po raz drugi w Jarosławiu i od tego czasu jedynym jego celem jest zdobycie jak największej ilości pieniędzy i za wszelką cenę jak najwygodniej urządzić się w istniejącej rzeczywistości. Za napady rabunkowe i rozboje, zostaje skazany z wyroku Grupy Wschód i aprobatą "Śląskiego". "Wira" i Misztala na karę śmierci. Wykonaniem wyroku miałem się zająć wspólnie z Helonem, o czym dowiedział się Męciński. Wyjeżdża do Słupska, gdzie pracuje aż do 1949 roku w Zakładach Zbożowych, gdzie zostaje przez UB aresztowany. Z aresztu śledczego zostaje zwolniony - współpracuje z UB. W areszcie i na wolności rozpracowuje więźniów i dawnych kolegów z konspiracji. Radio "Wolna Europa" ogłasza Męcińskiego jako groźnego i niebezpiecznego denuncjatora UB. W 1952 roku ginie tragicznie.

Sienko, pochodzi z Błażowej, oficer czasu wojny, były żołnierz AK. Po aresztowaniu w 1948 roku zaczął współpracować z UB. Jego współpraca ciągnie się do dnia dzisiejszego. Jest bardzo niebezpiecznym konfidentem UB.

"Śląski", jeden z najstarszych konspiratorów, świetny człowiek i organizator. Do chwili stracenia nie splamił świetnej karty przeszłości, chociaż jak Piotr Woźniak, autor książki "Zapluty karzeł reakcji", oprócz niezaprzeczalnych zalet zarzucił mu chwilowe załamanie i wydanie magazynu broni. Jako bliski współpracownik "Śląskiego" stwierdzam autorytatywnie, że wspomniany magazyn broni wydał zupełnie kto inny, "Śląski" tylko przyznał się do niej.

Misztal pochodzi ze Stanisławowa, żołnierz AK z komórki BIP, swietny człowiek i konspirator. Aresztowany za działalność WiN na terenie Rzeszowa - nie znam jego dalszych losów.

Pelczar Stanisław ps. "Majka", ur. we Lwowie były podoficer KOP, żołnierz AK z ugrupowania "Ojca Jana", dowódca małego oddziału, dobry Polak i człowiek. Popełnił samobójstwo w 1977 roku wyskakując z okna własnego mieszkania na czwartym pietrze.

Todd czy Tott ps. "Mewa", oficer przedwojenny, bliski kolega Strzeleckiego Tadeusza, stary żołnierz AK, dowódca oddziału AK, później WiN. Stracony przez UB w 1949 roku w Rzeszowie.

Takie mniej więcej układy zastałem w rzeszowskim UB po przetransportowaniu mnie z Wronek w 1949 roku, dokąd przewieziony zostałem za "pośrednictwem" Kazimierza Wojtyny ps. "Czarny", byłego żołnierza AK z ugrupowania "Ojca Jana", w więzieniu donosiciela i współpracownika UB - był starszym porządkowym skrzydła B we Wronkach. Znałem go od 1943 roku z oddziału "Ojca Jana". Późnym wieczorem zostałem zamknięty w celi przez Świderskiego, w której przebywał "Śląski". Oczywiście był to czysty przypadek, z którego tzreba było natychmiast skorzystać. "Śląski" zaproponował mi miejsce obok siebie i do rana opowiedzieliśmy sobie o wszystkim, co musiało wyjść za mury kazamatów UB. Rano Stocki roznosił śniadanie i oczywiście mnie poznał. Po tym zajściu, jak "Śląski" przewidział, około godziny 10.00 wszedł do celi kapitan Sabiłło Janusz ze Świderskim i słowami, skierowanymi do "Śląskiego" i do mnie powiedział: "trochę sobie pogadaliście, ale i ja mam nadzieję, trochę zostawiliście". Kosztowało nas "trochę" zdrowia, by przekonać i Sabiłłę i Świderskiego, że my się nie znamy na tyle, by mieć do siebie zaufanie. "Śląskiego" zostawili w piwnicy, a mnie obsadzili w "monopolu". W "monopolu" zostałem "obstawiony" przez Stockiego i Męcińskiego. Przy pierwszej okazji podczas golenia powiedziałem Stockiemu, że jeśli on i Męciński mnie nie "rozpoznają", ja też będę milczał. Męciński miał na sumieniu szesnastu Zydów, za których między innymi dostał, o czym wyżej wspominałem, wyrok śmierci. A Stocki, który ze mną w 1944 roku w zasadzie wystrzelał dwa samochody sowieckich NKWDzistów. Oprócz mnie i kilku z "Grupy Wschód" nikt z miejscowych o tym nie wiedział. W taki oto sposób zmusiłem Męcińskiego i Stockiego do milczenia.

Sienko nic mi nie mógł zrobić, bo po prostu za mało o mnie wiedział. Po śmierci "Śląskiego" zaprowadzono mnie na śledztwo do samego szafa działu A - Gajdy. Aż nogi pode mną się ugięły, gdy zobaczyłem Gajdę. Okazało się, że Gajda został przeniesiony do Rzeszowa i tutaj znów jako "starszy znajomy" zebrał wszystkie ocbiążające mnie materiały i dał mi je przeczytać. Po około godzinie powiedział, że "Śląski" co prawda nie żyje, ale "Wy macie szanse nie tylko przeżyć ale nawet wyjść na wolność. Spróbuję Wam w tym pomóc." Co miało znaczyć takie postępowanie Gajdy, co chciał zrobić ze mną i dlaczego to chciał zrobić, do dnia dzisiejszego nie mogę odgadnąć.

W międzyczasie zostaje wypuszczony na wolność Męciński. Około maja 1949 roku zostaje aresztowany Gajda za współpracę z przedwojenną "Dwójką", a wydany został przez żonę Żydówkę. O tym dowiedziałem się od byłego funkcjonariusza UB z Dębicy Kazimierza Turzy. O dalszych losach Gajdy nic nie wiem.

W powrotnej drodze do Wronek udaje mi się zbiec. Docieram do Jarosławia, gdzie kontaktuję się z Janem Burym i Dudą Teodorem i przekazuję im informację o Męcińskim i "Tatarze" i za wszelką cenę dążę do ich likwidacji. Obaj w to nie wierzą, ale teren na tę wiadomość reaguje prawidłowo, Męciński i "Tatar" nie mają dostępu do terenu. Za namową Dudy i Burego, którzy wiadomość o Męcińskim i "Tatarze" traktują jako wielkie nieporozumienie decydują się na kontakt z Męcińskim, do którego on też dążył, tylko z innych względów. Spotkanie moje nastąpiło w domu Bednarskiej Heleny. Męciński usiłował przekonać mnie i Dudę, że nie tylko ja, ale i "Wolna Europa" ma o nim złe wiadomości. Spotkanie to trwało do dziesiątej wieczór. Po wyjściu z Dudą z domu Bednarskiej, Duda w dalszym ciągu był przekonany, że chodzi o nieporozumienie, z którego w sprytny sposób chcieli skorzystać UBowcy. Duda poszedł do domu, a ja udałem się do Tywoni na spotkanie z Franciszkiem Czarabą. W Tywoni o moim spotkaniu wiedział ówczesny wójt "Tatuniu", donósł o tym UB, a ci z kolei urządzili na mnie zasadzkę. W zasadzce tej zginął komendant MO z Jarosławia Kosik, a ja zbiegłem.

Za dwa tygodnie Franciszek Bartonek, u którego się ukrywałem wyjawił Męcińskiemu, że jestem u niego i że jestem poważnie chory. Męciński natychmiast podejmuje się mi pomóc, na co się zgadzam, ale równocześnie ostrzegam Męcińskiego, że jeśli mnie lub tym, z którymi w jego obecności się spotkałem, cokolwiek złego stanie, Męciński odpowie za to głową. na drugi dzień Męciński organizuje transport do Przeworska i "przerzuca" mnie prosto w ręce UB. W trzy tygodnie później Męciński ginie i zostaje pochowany w Jarosławiu, a jego syn z pierwszego małżeństwa przybiera nazwisko panieńskie matki i przenosi się do dziadków do Ulanowa nad Sanem.

Z Rzeszowa zostaję przetransportowany do Warszawy na słynny Mokotów, a Duda, Bury, Bartonek i kilka jeszcze osób, trafiają do rzeszowskiego zamku. Jak się okazało, ostrzegłem w porę wszystkich za wyjątkiem Zygmunta Żebrackiego ps. "Żeliwo", byłego dowódcę oddziału leśnego na lubelszczyźnie, bo ten też nie wierzył, że Męciński, "Tatar" i inni współpracują z UB. W sumie dużo osób uniknęło dekonspiracji i aresztowania - po prostu w porę zostali ostrzeżeni i co najważniejsze uwierzyli, że nie zawsze bajki są bajkami.

Ja ponownie zostaję skazany na karę śmierci i na tym wyroku doczekałem się śmierci Stalina i ucieczki Józefa Światły. Dlatego, że do niczego się nie przyznałem, no i wyżej wymienionym wydarzeniom, doszło do obalenia wyroku pierwszej instancji, a po ponownym rozpoznaniu sprawy dostałem 15 lat. I tak przesiedziałem w więzieniu 16 lat i 4 miesiące.

W tych bardzo skróconych wspomnieniach o ludziach i zdarzeniach, które moim zdaniem są mało znane lub znane bardzo niewielkiej grupie ludzi, nie łączących tych drobnych epizodów z poważnymi wydarzeniami, które zaważyły na losach wielu ludzi, fakty powyższe powinny być dokładnie przeanalizowane, rozpracowane. Powinny być kluczem do rozwiązania niejednej zagadki.

 

 

Od Redakcji Polonia Semper Fidelis:

Ppor. AK Władysław Matias zmarł dnia 9 lutego 1989 roku, pozostawiając po sobie te zapiski. Zaprezentowaliśmy je w formie i pisowni, w jakich je otrzymaliśmy od Rodziny ppor. Matiasa. 

 

 

Zdjęcia

Ppor, Władysław Matias z córką Agnieszką w 1965 roku. (ze zbiorów prywatnych)

Na początek

 

 

Dokumenty

 

Świadectwo zwolnienia z więzienia we Wronkach.

 

Zaświadczenie weryfikacyjne Koła byłych Żołnierzy Armii Krajowej w Londynie

 

 

Zaświadczenia Ministerstwa Obrony Narodowej Rzeczypospolitej Polski o oznaczeniu Medalami Wojska oraz zaświadczenie z więzienia we Wronkach o odebraniu depozytu.

 

Oświadczenie ś.p. mec. Władysława Siły-Nowickiego (ps. "Stefan")

 

Oświadczenie ś.p. mec. Władysława Siły-Nowickiego (ps. "Stefan")

 

Legitymacja nadania Krzyża Armii Krajowej przez Rząd RP w Londynie

 

Opinia "Składu Sądowego PRL" o przyczynach odmowy ułaskawienia.

 

Na początek

 

© Copyright by Polonia Semper Fidelis

setstats 1

setstats 1