ppłk. WP Wiesław MATEJCZUK

 Przydział: Śląski Okręg Wojskowy

 

Wspomnienia

Zdjęcia

Dokumenty

 

Wspomnienia syna ppłk Matejczuka

Mój Ojciec urodził się 7 lipca 1934 roku w Milanówku. Przyszedł na świat w rodzinie stosunkowo dobrze wówczas sytuowanej: dziadek Michał pracował na kolejce EKD (Elektrycznej Kolei Dojazdowej, znanej obecnie jako WKD - Warszawska Kolej Dojazdowa). To wystarczało, by babcia Maria mogła zajmować się pierwszym synem, a i sporym mieszkaniem, położonym w kamienicy naprzeciwko dworca PKP w Grodzisku Mazowieckim. W pracach domowych pomagała jej służąca, z którą później - aż do śmierci - łączyły babcię nadzwyczaj przyjacielskie, a nawet rodzinne stosunki. Kiedy w cztery lata później Michałowi i Marii Matejczuk urodził się drugi syn Andrzej wydawało sie, że sielanka rodzinna nie może być już niczym zakłócona.

Przyszedł jednak wrzesień 1939 roku a z nim rozpadło się słodkie dzieciństwo Ojca. Dziadek dostał powołanie jako rezerwista i natychmiast wyruszył do swojego oddziału, za którym wędrował aż do Równego, skąd 17 września rozpoczął szybki marsz ponownie do Grodziska, uciekając przed Armią Sowiecką. Jego powrót do domu babcia tak mi relacjonowała: "...dziadek stanął w drzwiach cały umorusany i osunął się z wycieńczenia na kolana. Nogi miał od ciągłego marszu w jednym wielkim strupie krwi. Posadziłam go na stołeczku, w misce wody obmywałam mu te stopy, by najpierw odkleić onuce, które stały się jak skorupa zmieszana z krwią..."

Z opowiadań i mojej babci, i Ojca wiem, że w czasie okupacji niemieckiej dziadek służył w obwodzie "Bażant" Armii Krajowej, ale wiele szczegółów nigdy nie poznałem. Wiem, że bardzo często w mieszkaniu w Grodzisku odbywały się szkolenia oddziałów AK, instruktaże posługiwania się różnego typu bronią, odprawy oddziałów czy wreszcie mieścił się tam punkt przerzutowy. Ojciec, pokazując mi babciny okrągły, masowy stół wspominał czasami w żartach, że "...tyle broni, ile leżało na tym stole mogłoby spokojnie uzbroić pół dywizji." 

Babcia również służyła w AK jako łączniczka chociaż - jak Ojciec wspominał - i on jako dziecko często przenosił różnego typu przesyłki w najróżniejsze miejsca. Babcia podczas okupacji szmuglowała mięso i wędliny do Warszawy, a z nimi również powierzane jej dokumenty. Na takie wyprawy nie brała nigdy Ojca - jego zadaniem było dopilnować młodszego brata. Pierwsze samodzielne wyprawy Ojca do Warszawy - o ile dobrze pamiętam Ojciec wspomniał o dwóch takich eskapadach - miały miejsce dopiero podczas Powstania Warszawskiego. Jako dziesięciolatek raz zdołał on dotrzeć na Żoliborz z jakimiś papierami, a drugi raz - okrężną drogą przez Puszczę Kampinoską - gdzieś w okolice Starówki. Nie tylko udało mu się dostać tam ale i szczęśliwie wrócić, co nie bywało takie pewne. Pamiętam, że Ojciec z dumą wspominał zwłaszcza tę drugą wyprawę, z której przytargał dla siebie dwa wielkie wory znaczków GG z rozbitej poczty. Jako filatelista był to dla niego prawdziwy skarb. 

Po wojnie załamały się wszelkie nadzieje na jakąkolwiek "normalność" pod rządami komunistów. Dziadek Michał poszedł gdzieś do lasu, jego brat Edward zginął jako dowódca oddziału Narodowych Sił Zbrojnych osłaniając odwrót sam z karabinem maszynowym przeciwko nacierającym hordom NKWD i KBW we wsi Kady koło Grodziska Mazowieckiego (jego ciało nigdy nie zostało znalezione, chociaż jego oddział uszedł w całości). Dla babci było jasne, że teraz każdego dnia może się spodziewać najścia UB i prawdopodobnego aresztowania. Postanowiła za wszelką cenę ratować synów. Młodszego Andrzeja musiała zostawić przy sobie ale dla bezpieczeństwa częściej przebywał on u jej serdecznej przyjaciółki. Na bazarze kupiła od jakiegoś Żyda dokumenty, stwierdzające robotnicze pochodzenie Ojca i w roku 1952 Ojciec rozpoczął nowy, samodzielny już etap życia, kierując się na Ziemie Odzyskane, do Wrocławia. Tam wstąpił - na podstawie owego dokumentu o robotniczym pochodzeniu - do szkoły oficerskiej LWP, którą ukończył z najlepszymi ocenami w 1955 w stopniu podporucznika. Jako prymus miał również prawo wyboru miejsca pracy: wybrał Sztab Okręgu Wojskowego we Wrocławiu.

W Sztabie też, jakoś na przełomie 1955/1956 roku poznał 20-letnią dziewczynę o imieniu Leokadia, która pracowała tam jako główna księgowa. Moją Matkę równie niespodziewane koleje losu zawiodły do Wrocławia, o czym szerzej piszę w powstającej właśnie książce "Okruchy mojego życia". Ostatecznie 7 września 1956 roku odbył się ślub moich Rodziców, który rozpoczął zupełnie nowy okres w ich życiu. Nie dlatego, że zawarcie związku małżeńskiego bywa zawsze nowym okresem życia, ale dlatego, że oboje Rodziców nie wyobrażali sobie wspólnego życia bez ślubu kościelnego. Należy pamiętać, że było to przed słynnym Październikiem, a każdy przejaw "odchyleń prawicowo-klerykalnych" w LWP był traktowany z najwyższą surowością przez reżym komunistyczny. Dlatego w dwa tygodnie po ślubie Ojciec został wezwany do Zarządu Politycznego Sztabu we Wrocławiu, gdzie wytknięto mu z gniewem nie tylko zawarcie ślubu w kościele, ale również fakt, że Ojciec wciąż nie należał do wszechwładnej PZPR. Nie znam szczegółów, ale wiem, że dla Ojca (i obojga Rodziców zresztą) zbawiennymi były wypadki Października 1956, które sprawiły wielkie zawirowania także w samym wojsku. 

Ojca pozostawiono na razie w spokoju, ale nie trwało to długo, bo 26 kwietnia 1958 roku przyszedłem na świat, a w związku z tym należało mnie ochrzcić. Mój Chrzest Święty odbył się otwarcie i - co nawet zdziwiło moich Rodziców - nie spowodował on żadnych nowych represji ze strony Zarządu Politycznego LWP. 

Tutaj zaczynam już wchodzić w czasy, które osobiście pamiętam, a nie tylko z relacji rodzinnych. Jak już wspomniałem, Ojciec był zagorzałym filatelistą. Moje pierwsze wspomnienia wiążą się z jego postacią, siedzącego na tapczanie w jednopokojowym mieszkanku na ulicy Grabiszyńskiej i rozkładającego tysiące znaczków pocztowych na kupki, by je potem umieszczać w klaserach. Chociaż wówczas mój nos był niewiele wyżej od poziomu tapczanu, Ojciec dawał mi do zabawy tzw. "kancery" i zawsze znajdował czas na to, by mi objaśniać, co one przedstawiały. Była to taka zabawa z jednoczesną nauką. Parę lat później dostałem od Ojca jakiś "przechodzony" straszliwie klaser, w którym umieszczałem owe "kancery", poznając jednocześnie świat. 

Ale życiowe reprekusje Ojca (a i Matki, i moje) dalej trwały. Ojciec jako filatelista uczęszczał na zebrania, na których poznawał wiele osób - pasjonatów znaczków pocztowych. Dodatkowo wymieniał bogatą korespondencję z kolekcjonerami znaczków na całym świecie, a więc i poza "jedynie słusznym" blokiem komunistycznym. Na jednym z zebrań poznał O. Wojciecha Kobzdeja z klasztoru Ojców Dominikanów we Wrocławiu. Bardzo szybko się z nim zaprzyjaźnił, a O. Wojciech zaczął bywać u nas w domu prawie regularnie. Niebawem O. Wojciech przyprowadził innego filatelistę z klasztoru - O. Damiana Budnika. Oni obaj stali się dla nas jak rodzina i taka sytuacja przetrwała aż do ich śmierci. 

Wizyty OO Wojciecha i Damiana sprawiły, że przeciwko mojemu Ojcu zaktywizował się znowu Zarząd Polityczny LWP, wzywając go na "rozmowę". Był to czas, kiedy zakonnikom nie można było ubierać się po cywilnemu, więc obaj Ojcowie przychodzili do naszego mieszkania w habitach dominikańskich. A że nasze mieszkanie było w bloku wojskowym, w dodatku tuż koło siedziby Sztabu, politrucy uznali to za drwiny z komunizmu. Pamiętam strzępy rozmowy między Rodzicami, kiedy Ojciec przyszedł z jednej z takich rozmów bardzo zdenerwowany ale - jak to oceniam dzisiaj - jakiś taki bardziej stanowczy, bardziej bojowo nastawiony. Powiedział wtedy do Matki: "...chcą, żebym nie przyjmował więcej księży ani zakonników w mieszkaniu albo żebym ich przyjmował i wyciągał od nich różne informacje dla komunistów. Żądają też, bym się zapisał do partii. Jak tego nie zrobię to czeka nas wszystkich 'zielony garnizon' i to w najlepszym wypadku. Ja nie zamierzam ani być ich agentem ani powiedzieć naszym Przyjaciołom, ze nie mogą przychodzić tutaj. Powiedziałem im, ze to nie jest ich sprawa, kogo mam za Przyjaciela, a do partii nie jestem zdecydowany. Nie wiem co dalej zrobią..." Wtedy nie bardzo docierała do mnie powaga tych słów, bo jako kilkulatek nie bardzo je rozumiałem. Zrozumiałem wszystko dopiero w wieku lat licealnych, już w Katowicach.

Matka wsparła postawę Ojca całkowicie, ale i niedługo pożegnała się z pracą w Sztabie, przechodząc do roli matki i żony. Wiem, że moich Rodziców bardzo połączyła ta pierwsza potyczka z aparatem komunistycznym. Postanowili walczyć tak, jak to będzie możliwe, chociaż na żadne wsparcie skądkolwiek liczyć nie mogli. 

Na początku 1963 roku Zarząd Polityczny LWP przydzielił nam na ulicy Stalowej we Wrocławiu śliczne, nowe mieszkanie z wielkimi dwoma pokojami "na poprawę kręgosłupa ideologicznego" mojego Ojca. Okazało się bowiem, że mój Ojciec w dziedzinie transportów wojskowych stał się doskonałym specjalistą. Odezwały się też niespodziewanie jakieś "niezidentyfikowane siły" w samym Sztabie, które kierowały w dokładnie przeciwnym kierunku do linii Zarządu Politycznego. W tym samym czasie awansowano Ojca do stopnia porucznika pewnie z tego samego powodu. Wszystkie wysiłki komunistycznych "terapeutów od kręgosłupa" nie były już w stanie wyprostować tak wielkiego skrzywienia ideologicznego Ojca, a regularne wizyty naszych Przyjaciół: Ojców Wojciecha i Damiana trwały w dalszym ciągu.

Dlatego niedługo przemieszkaliśmy w nowym, ślicznym mieszkaniu i po 3 zaledwie miesiącach usunięto naszą rodzinę nie tylko z mieszkania ale i z Wrocławia. Tutaj jedna z "niezidentyfikowanych sił" w Sztabie ujawniła się do mojej Matki. Był nią płk Fuks. Matka bardzo często go potem wspominała i w tym epizodzie opieram się na jej wspomnieniach. Jakoś w miesiąc po poświęceniu naszego nowego mieszkania przez O. Wojciecha, Ojciec ponownie został wezwany na rozmowę do Zarządu Politycznego, na której mu zakomunikowano, że PZPR nie będzie tolerowała wrogów ustroju, tym bardziej w szeregach LWP. Oznaczało to ni mniej ni więcej tylko natychmiastowe wylanie Ojca z wojska i tego Ojciec się spodziewał. Znowu jednakże owe "niezidentyfikowane siły" w Sztabie dały znać o sobie. Do Matki przyszedł wspomniany już płk Fuks. Był on Żydem, ale imponowała mu postawa Ojca i - jak stwierdził - nie tylko jemu w całym Sztabie. On to właśnie powiedział Matce, że jego Przyjaciele i on sam, będą walczyli swoimi sposobami o zachowanie Ojca w wojsku, ale przeniesienie z Wrocławia będzie konieczne. Wymienił przy tym dwie możliwe miejscowości: Zebrzydowice albo Katowice. Płk Fuks nie chciał się osobiście spotkać z Ojcem bo zdawał sobie sprawę, że Ojciec ma "obserwatorów". Matka odpowiedziała, że już z dwojga złego wybiera Katowice. I tak się stało.

W kwietniu 1963 roku pod dom zajechała ciężarówka z kilkoma żołnierzami z nakazem natychmiastowej naszej przeprowadzki do Katowic. Załadowali cały nasz dobytek, Ojca posadzili w szoferce, a mnie z Matką z tyłu pod plandeką na meblach. Przewieziono nas do dzielnicy Koszutka w Katowicach, gdzie dostaliśmy dwupokojowe, niewiele większe od kurnika, mieszkanko. Ojciec zaś dostał przydział do Szefostwa Przewozów Wojskowych przy DOKP Katowice. Właśnie z tego okresu pochodzi też notka w aktach osobowych mojego Ojca jako o "niebezpiecznym elemencie rewizjonistycznym w LWP" oraz zabraniająca powierzania Ojcu kontaktów z żołnierzami, na których Ojciec "ma demoralizujący wpływ". Zalecano również "ostrożność przy awansowaniu". Nic dziwnego zatem, że w okresie od 1963 do 1979 roku Ojciec był awansowany jedynie do stopnia majora. Każdy, kto zna realia wojskowości wie, że niewzruszoną normą były awanse na kolejne stopnie co 4 lata.

Tutaj mała wstawka: płk Fuks w 1968 roku uciekł pod innym nazwiskiem do Izraela, a przez Zarząd Polityczny został ogłoszony szpiegiem i dezerterem oraz zaocznie skazany na karę śmierci. W parę miesięcy potem ogłoszono, że wyrok śmierci został na nim wykonany. Jakież było zdziwienie moich Rodziców, kiedy w 1979 roku dostali od niego kartkę z pozdrowieniami z... Holandii.

Katowice były wielkim etapem w życiu mojego Ojca, a przez to i całej naszej rodziny. Jako dorastające dziecko, a potem młodzieniec, coraz więcej rozumiałem z otaczającej mnie rzeczywistości, a Ojciec w głównej mierze przygotowywał mnie do wierności wartościom, które najkrócej można streścić w dewizie o służbie Bogu i Ojczyźnie. To powstawało jakoś tak samo - nie wiem nawet kiedy. W zależności od mojego stopnia dojrzewania Ojciec dozował niejako kształtowanie się mojej osobowości i umiłowania Polski. Zresztą, i ja sam starałem się być coraz pilniejszym obserwatorem i uczniem, zwłaszcza że wiele spraw, które pamiętałem z przeszłości, zaczęło mieć dla mnie głębszy sens i po prostu zaczynałem rozumieć te posłyszane niegdyś urywki rozmów między Rodzicami, które dotychczas jedynie tkwiły tylko w mojej pamięci.

Oczywiście, nasze mieszkanko w Katowicach - tak jak poprzednio we Wrocławiu - było nadal miejscem spotkań naszych dominikańskich Przyjaciół, do których szybko dołączył O. Bolesław Gołąb z klasztoru w Lublinie, a także odwiedzający nas inni ojcowie czy ks. Paruzel z Rudy Śląskiej (następnie z Zabrza). Pamiętam też wizytę jakiegoś ojca z Nowej Zelandii, brata Stanisława Szałasta z Rzymu czy wreszcie odwiedziny grupy seminarzystów z ówczesnej Czechosłowacji, gdzie uczęszczali do tajnego seminarium. Ale zaczęły się też z drugiej strony inne spotkania - tym razem oficerów Śląskiego Okręgu Wojskowego. Datują się one jakoś na czas przypadający zaraz po Praskiej Wiośnie 1968 roku. O samym wydarzeniu niewiele wówczas wiedziałem - jako dziesięciolatek miałem raczej w głowie grę w piłkę na podwórku oraz doglądanie siostry, która przyszła na świat w Katowicach w 1965 roku. Pamiętam tylko, że na wiosnę 1968 roku mój Ojciec "strasznie się rozchorował", a zaprzyjaźniony lekarz wojskowy ze szpitala w Gliwicach wystawił mu zaświadczenie o całkowitej czasowej niezdolności do pracy. "Choroba" Ojca wygladała tak, że cały dzień defilował w piżamie po domu, a na dzwonek do drzwi kładł się do łóżka, charczał i piszczał jakoś. Wtedy tego nie rozumiałem, ale wiele lat później Ojciec mi powiedział, że dostał rozkaz wyjazdu na granicę z Czechosłowacją, by tam kierować transportami Układu Warszawskiego.

W 1968 roku udało się Ojcu załatwić zamianę nieszczęsnych klitek, zwanych dwupokojowy mieszkaniem na Koszutce w Katowicach na nieco większe - trzypokojowe - mieszkanko na powstającym wówczas Osiedlu Tysiąclecia na pograniczu Katowic i Chorzowa. Było to niezwykle ważne dla nas wszystkich wydarzenie, i to w dwójnasób. Odbijaliśmy się z jednej strony od narzuconego nam "standardu mieszkaniowego", narzuconego nam 5 lat wcześniej przez Zarząd Polityczny we Wrocławiu , z drugiej zaś - co było niemniej istotnym - powiększaliśmy naszą "przestrzeń życiową". W roku 1965 przyszła na świat moja siostra Ewa, więc życie na dwudziestu kilku metrach kwadratowych czteroosobowej rodziny przypominało już raczej hodowlę trzody niż normalną egzystencję.

Dwa lata później zaczęło być coraz bardziej niecodziennie w domu, kiedy w grudniu 1970 roku przez nasze mieszkanie zaczęła się przewalać fala wizyt oficerów w mundurach a i po cywilnemu. Tych ostatnich mogłem poznać bez trudu bo na ogól mieli zielone, wojskowe spodnie i brązowe pantofle oficerskie. Były to wizyty codzienne, ale zawsze po 1-3 osób, nigdy więcej. Oni przynosili gazetę "Głos Wybrzeża" oraz jakieś pisma, bardzo marnie odbijane. Więcej nie zauważyłem, bo zawsze byłem wtedy goniony do spania, ale wiem, że te wizyty trwały nieraz dobrze do północy. Niektórych uczestników tych odwiedzin znałem, ale większość była dla mnie zupełnie obca. Jedna wizyta z tamtego grudnia szczególnie mocno mi utkwiła w pamięci. Przyjechało dwóch mężczyzn ubranych w niby-cywilne ubrania czyli spodnie oficerskie i takież pantofle, do tego starszy miał jeszcze zielony przydziałowy wojskowy sweter. Z ich zachowania się było widać, że jest to dowódca i adiutant. Pierwszy, szpakowaty ale bardzo sprężysty nakazał wyjęcie ogromnej mapy sztabowej temu drugiemu. Położyli ją na stole, a mnie - podnieconego - znowu pogoniono do spania. I tyle widziałem. Jednakże nie bardzo mi było do spania, więc przez uchylone drzwi podsłuchiwałem, o czym mówiono. Nie wszystko byłem w stanie posłyszeć, a i musiałem się dobrze skupiać nad sensem wypowiadanych słów, bo nie widziałem tej mapy, a dyskusja właśnie o tym była. Wiem, że chodziło o rozmieszczenia polskich oraz sowieckich jednostek i przedziały czasowe ich możliwości do przesuwania się w różnych kierunkach. Rozważano różne możliwości i scenariusze ewentualnego działania. O wiele później poznałem nazwisko owego starszego oficera, jako że jeszcze kilka razy przewinął się przez nasze mieszkanie. Był to płk Abram z Gliwic. Przy dwóch lub trzech okazjach moi rodzice, już na gruncie towarzyskim (raz z moim udziałem) spotkali się z Płk Abramem i jego żoną, lecz te kontakty urwały się dość szybko w związku z jego niespodziewaną śmiercią.

W nowym mieszkanku na Osiedlu Tysiąclecia w Katowicach dawała się odczuć też swobodniejsza jakaś atmosfera wszelkich spotkań. Mieszkanie - co prawda - było mieszkaniem wojskowym, lecz takich mieszkań w ogromnym, 13-to pietrowym bloku było dosłownie kilka (na 224 mieszkania). Wizyty i naszych Przyjaciół z zakonu dominikańskiego, a i przybycia związanych z Ojcem oficerów mogły odbywać się w spokojnej, niemal sielankowej atmosferze. W urządzeniu samego mieszkania (nie mieliśmy nawet wystarczająco wiele mebli, by sprostać potrzebom "aż trzypokojowego" nowego lokum. 

Jednocześnie Ojciec coraz więcej rozmawiał ze mną na temat bolesnej historii Polski, a ze swojej biblioteczki dawał mi zawsze "coś wartego przeczytania". Cieszył się, że dosłownie "pochłaniałem książki" - to była moja pasja. Oczywiście, istniała szkoła, w której nie miałem zbyt wiele do roboty, piłka nożna poza szkołą tudzież inne aktywności. Jednakże książki były dla mnie największą przygodą. Ich tematyka bywała rózna, a Ojciec delikatnie starał się dorzucić mi coś ciekawego, na ogół związanego z historią Polski - tą dawniejszą i tą bardziej współczesną. Jednakże przed pojawieniem się tzw. "drugiego obiegu" niewiele literatury mógł mi zaproponować i dlatego najwięcej książek przez niego polecanych dotyczyło czasów początków Państwa Polskiego, Rzeczypospolitej Obojga Narodów czy wreszcie książek o polskich podróżnikach i odkrywcach XIX wieku. Resztę uzupełniał swoimi wiadomościami, które przekazywał mi w rozmowach. 

Innym, bardzo ważnym źródłem mojego wychowania o najnowszej historii oraz współczesności Polski był codzienny nasłuch RWE, Głosu Ameryki oraz rozgłośni polskiej BBC. Weszło to w rytuał dnia powszedniego. Codziennie, około godziny 22-giej Ojciec niezmiennie kładł się na wersalce i mówił do mnie formułkę: "Syneczku - może byśmy trochę prawdy posłuchali ?". Ja wyspecjalizowałem się w odbiorze tych stacji - wiedziałem z dokładnością igły, gdzie na skali radia nadają zachodnie rozgłośnie, w jakich godzinach na którym zakresie są najmniej zagłuszane itp. szczegóły. Najważniejszą zawsze była audycja RWE "Fakty, wydarzenia, opinie" oraz następujący po niej "Przegląd prasy" - zawsze stawałem wprost "na głowie", by ustawić jak najlepiej odbiór na godzinę 23-cią. Z czasem skonstruowałem swoistego rodzaju "antenę", która znakomicie, w jakiś niepojety sposób, wzmacniała sygnał stacji, a z drugiej wyciszała zagłuszenia. Była to całkowicie mojego pomysłu składana metalowa konstrukcja z prętów, połączona z radiem i z... siecią centralnego ogrzewania bloku !!! Działało to cudo wspaniale do tego stopnia, że audycje RWE mogłem nawet nagrywać na magnetofon. Z czasem Ojciec - spodziewając się jakiegoś ważnego komunikatu czy może wydarzenia, sam będąc na służbie nocnej dyspozytora - dzwonił do mnie, bym koniecznie mu nagrał tę lub inna audycję. Kiedyś takie nagranie, dotyczące 17 września i zbrodni katyńskiej puściłem oficjalnie na lekcji historii w moim LO - ale się porobiło ! Ale o tym za chwilę...

Przez cały okres mojej edukacji szkolnej zarówno Ojciec jak i Matka dbali, bym zawsze chodził na naukę religii tak jak sami otwarcie zawsze szli co niedzielę do kościoła. W rozmowach między sobą moi Rodzice dziwili się postawie tych oficerów, którzy odwiedzali nasze mieszkanie i jednocześnie prosili mojego Ojca o załatwienie dla dziecka Chrztu czy Komunii Świętej gdzieś poza miejscem zamieszkania, po cichu, anonimowo. Ojciec nie odpychał ich i... pomagał im jak mógł. Jednakże sam nigdy nie potrafił zrozumieć takiej postawy, która Panu Bogu oferowała świeczkę a komunistycznemu diabłowi ogarek. Pamiętać jednak należy, że ówcześni oficerowie musieli należeć do PZPR a mój Ojciec był tutaj bardzo szczególnym wyjątkiem. Może również dlatego cieszył się zawsze w kręgach wojskowych wielkim aczkolwiek cichym poważaniem i zawsze gdzieś w niebezpieczeństwach jakaś "niewidzialna ręka" dołączała się do obrony Ojca ? Nie wiem, ale przypuszczam, że tak musiało być.

Pierwszą Komunie Świętą przyjąłem w roku 1968 jeszcze na Koszutce w Katowicach. Po uroczystościach w kościele, w naszych klitkach odbyło się całkiem spore przyjęcie z tej okazji, co na niewielki blok, naszpikowany rodzinami wojskowymi, było nie lada wydarzeniem. Ale i Chrzest mojej siostry trzy lata wcześniej odbył się również w identyczny sposób. Później, już w czasach zamieszkiwania na Osiedlu Tysiąclecia, nie tylko sam uczęszczałem na religię do odległego o około 5 km koscioła w Katowicach-Dębie, ale i zawoziłem tam co tydzień moją siostrę. Był to czas, kiedy walka o kościół na Tysiącleciu była podobna tej walce o kościół w Nowej Hucie. Dopiero pod koniec lat 70-tych władze wydały wreszcie zezwolenie na budowę kościoła na ogromnym osiedlu, zlokalizowanym na wysypisku gruzu obok... naszego bloku !!! Od samego początku, jeszcze na gruzowisku, zaczęły się odbywać msze święte niedzielne, które odprawiał budowniczy kościoła i późniejszy jego proboszcz ks. Furczok.

W roku 1972 Rodzice - trochę za sugestią i z wielką pomocą ks. Paruzla - otworzyli w dzielnicy Katowic - Bogucice prywatną kwiaciarnię. Było to rzadkie zjawisko, zwłaszcza dla kogoś takiego jak "wywrotowy element" w LWP, jakim był mój Ojciec. Ale tutaj właśnie znowu jakieś "niewidzialne ręce" sprawiły, że potrzebne podpisy i pieczątki Rodzice otrzymali. Wiem, że Ojciec rozmawiał na ten temat z dwoma swoimi "gośćmi", którzy złożyli w naszym mieszkaniu jedną z wielu wizyt. Pewnego dnia, po otrzymaniu wszystkich potrzebnych zezwoleń i bedąc już na etapie dostosowywania lokalu pod sklep w straszliwej ruderze (obecnie dawno już zrównanej z ziemią), Ojciec wrócił zdenerwowany ze służby. Okazało się, że wydane zezwolenia spowodowały istne "trzęsienie ziemi" z Zarządzie Politycznym LWP. Wszczęto jakieś wewnętrzne dochodzenie, które jednak po około dwóch latach "zmarło śmiercią naturalną", wszystko jakoś ucichło, a moi Rodzice odetchnęli. Kwiaciarnia przynosiła nam solidny dochód, zupełnie nie do porównania z niewielką pensją Ojca przy Matce, która zajmowała się tylko nami i domem.

Wtedy również - dzięki wielkiej pomocy ks. Paruzla - Rodzice kupili pierwszy samochód - Fiata 125p. który był środkiem transportu kwiatów, sprowadzanych z Częstochowy oraz okolic Warszawy. Prowadzenie businessu było bardzo czasochłonne dla Ojca, który - poza służbami nocnymi w Szefostwie Przewozów Wojskowych co trzeci dzień - musiał w międzyczasie dostarczać towar dla Matki do kwiaciarni dopóty, dopóki ja nie zdobyłem prawa jazdy i nie odciążyłem go nieco. A to nastąpiło dopiero w 1976 roku. 

1976 rok był zresztą jakimś rokiem przełomu. Ojciec - mając we mnie kierowcę i zastępcę - mógł z większym zaangażowaniem poświęcić się pracy konspirayjnej, której byłem już również w pełni świadomy. Wydarzenia czerwca zresztą w dodatkowy sposób widocznie zmobilizowały związanych z Ojcem oficerów, co wyraziło się m.in. coraz częstszymi ich wieczornymi odwiedzinami w mieszkaniu a i Ojca wyjazdy, oficjalnie "na zebrania filatelistyczne" do innych miast, zwłaszcza do Krakowa. Oczywiście, był to wygodny pretekst, jako że bardzo szeroko znaną pasją mojego Ojca, a i moja również, było kolekcjonowanie znaczków pocztowych. W miarę wolnego czasu starał się oddawać i tej pasji, lecz zauważyłem, że czasu miał coraz mniej, pochłoniety wirem innych spotkań. 

Ja zresztą również zacząłem dojrzewać do pewnych działań i decyzji, co nie umknęło Ojca uwadze. Będąc w LO imienia Jana Kawalca w Katowicach zacząłem - zwłaszcza w starszych klasach - otwarcie na lekcjach historii przekazywać innym wiedzę na tematy przeszłości Polski, genezy rewolt lewicowych XIX a potem wydarzeń, związanych z obiema wojnami światowymi. Oczywiście, robiłem to akcentując polski interes narodowy. Zaczęły się kłopoty ale nie przejmowałem się tym. Któregoś dnia wygłosiłem pogadankę na temat agresji sowieckiej 17 września oraz zbrodni ludobójstwa, popełnionych na oficerach polskich w Katyniu, co poparłem jakimś nagraniem okolicznościowym RWE z tej okazji. Podstarzała harcmitrz Dutka, bedąca nauczycielką historii, wywaliła mnie z klasy i kazała przyjść któremuś z rodziców. Na korytarzu zaś wychowawczyni Szafarczykowa wsiadła na mnie za moje "antypolskie" wypowiedzi. Na wieczór, po przyjściu Ojca do domu opowiedziałem mu, co się stało. Spoważniał, ale uśmiechnął się. Zapytał się mnie tylko krótko: "To na którą mam być u Ciebie w szkole ?"

Następnego dnia ubrał się w mundur chociaż nie miał wtedy służby i przyjechał do mojego liceum. Był krótko, ale zauważyłem straszliwe zmieszanie i wręcz przerażenie w oczach niektórych nauczycieli. Jakoś do końca dnia unikali mojego wzroku. Okazało się, że Ojciec poszedł do dyrektora, przyszła wychowawczyni oraz historyczka, a Ojciec powtórzył im wykład o Katyniu !!! Na odchodne powiedział im, że obowiązkiem polskiego nauczyciela jest uczenie prawdy a nie kłamstw. Taki był mój Ojciec.

W latach 70-tych odeszli nasi Przyjaciele z zakonu Domikanów: najpierw O. Damian Budnik, następnie O. Wojciech Kobzdej, a wkrótce potem w tajemniczym "wypadku samochodowym" zginął ks. Paruzel. Jednakże w tych samych latach wielu innych Ojców i Sióstr stało się naszymi Przyjaciółmi i te przyjaźnie zazwyczaj trwały (i trwają) aż do końca. Jeszcze za życia O. Damiana odwiedzaliśmy go na kapelanii w Świętej Annie koło Częstochowy i nawiązały się tam nasze serdeczne przyjaźnie z Siostrami Dominikankami, zwłaszcza z Matką Albertą Pietruszką oraz z wieloma wspaniałymi Siostrami. Po śmierci O. Damiana utrzymywaliśmy Przyjaźń z jego następcą O. Franciszkiem Przywarą, który stał się i moim wielkim Przyjacielem. Do tego grona rychło dołączył prof. Stanisław Leszczyc-Przywara, legionista Józefa Piłsudskiego, którego potem nawiedzaliśmy w jego domu w Rydułtowach. Z kolei wyjazdy Ojca do Lublina, a i odwiedziny O. Wojciecha u nas zaowocowały inną przyjaźnią - z O. Bolesławiem Gołębiem, przeorem klasztoru lubelskiego. 

Jak już wspomniałem, jakoś około roku 1976 konspiracyjna struktura - jeszcze bez żadnej nazwy - oficerów polskich już istniała. Ojciec nigdy nie mówił nic na ten temat ale trzeba by było być ślepym, głuchym a w dodatku głupim, by tego nie zauważyć. Nastąpiła też inna jakość spotkań, które już nie ograniczały się do wizyt w naszym mieszkaniu, ale przeniosły się na służbowe (a jakże) wyjazdy Ojca. Na niektóre takie zabierał i mnie np. na szkolenie żołnierzy jednostki wojskowej w Tarnowskich Górach i tamtejszy poligon czy zgrupowania wojskowe w Ustroniu-Polanie. Od czasu, kiedy w 1974 roku przeszedłem przeszkolenie przysposobienia obronnego w jednostce wojskowej w Lublińcu (zdobywając tam srebrną odznakę sprawności obronnej) zaczęło się moje przeszkolenie wojskowe, prowadzone przez Ojca. Zaczynało się od czyszczenia broni, potem strzelanie razem z żołnierzami na poligonie, poznawanie systemów łączności itp. Ojciec nigdy nie powiedział, że bierze mnie na naukę - o nie !!! Po prostu uczył mnie i już. Czasami wieczorem, już po caprztyku, Ojciec siadał nad mapą i uczył mnie jej czytania a następnego dnia pokazywał obiekty w terenie. Pamiętam jak pewnego dnia rzucałem z okopu petardami ćwiczebnymi o wadze granatu. Pech chciał, że petarda - już zapalona - wyślizgnęła mi się z rąk i upadła pod nogi. Ojciec się rzucił na nią z szybkością, jakiej bym się po nim nie spodziewał i w ostatniej chwili ją wyrzucił - rozerwała się z hukiem w powietrzu.

Po roku 1976 Ojciec był bardzo sceptyczny co do organizacji KOR i jej agend. Zresztą, podobnie wypowiadali się oficerowie z organizacji. Nie mieli żadnego nabożeństwa do ludzi takich jak Michnik, Kuroń, Geremek i innych, ze stalinowskim rodowodem. Z nieco większym zainteresowaniem natomiast obserwowali poczynania takich organizacji jak KPN czy ROPCziO. Jednakże zawsze traktowali je z przymrużeniem oka jeśli chodzi o tzw. konspirację oraz stopień nasycenia tych organizacji agentami bezpieki oraz - w pewnych przypadkach - kontrwywiadu wojskowego. Posiadali zresztą doskonałe rozeznanie w tej materii bo - jak się dowiedziałem kilka lat później - w organizacji Ojca było również co najmniej paru takich oficerów. Ich działalność uwidoczniła się szczególnie ostro w roku 1978 i 1979 podczas walki mojego Ojca o mnie przeciwko ówczesnemu płk kontrwywiadu wojskowego z Gliwic Czesławowi Kiszczakowi, której nie sposób byłoby wygrać gdyby właśnie nie owa "niewidzialna ręka" w obozie Kiszczaka. Natomiast wielkim powodzeniem cieszyły się w organizacji Ojca wszelkie materiały wychodzące z podziemnych drukarni. Były one czytane, przechodziły z rąk do rąk. Tzw. "bibułą" mieliśmy nie tylko zawalone mieszkanie, ale i z czasem ktoś w Ojca organizacji wpadł na pomysł, by utworzyć w bezpiecznym mieszkaniu biblioteczkę takich wydawnictw. I tak się stało, a owa biblioteczka rozrosła się do 1980 roku do solidnej biblioteki i mieściła się w domu matki ppłk Jerzego Mazanka w Dąbrowie Górniczej. Sam z chęcią korzystałem z jej zasobów. Wydawnictwa bezdebitowe docierały tutaj różnymi drogami - mój Ojciec otrzymywał je z kilku źródeł, ale - biorąc pod uwagę ilość zgromadzonych pism - inni oficerowie też nieźle musieli zaopatrywać bibliotekę.

W roku 1977 rozpocząłem studia na wydziale Inżynierii Sanitarnej Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Równocześnie powołałem do życia przy Duszpasterstwie Akademickim Katowice-Dąb organizację o nazwie Patriotyczne Zrzeszenie Studentów Polskich. Działała ona na terenie czterech głównych uczelni Śląska: Uniwersytetu Śląskiego, Politechniki Ślaskiej, Akademii Medycznej oraz Akademii Ekonomicznej. Rychło w jej szeregi zaczęli napływać i młodsi pracownicy naukowi (asystenci). Więcej o tej organizacji, jak i całej mojej działalności piszę w książce (w przygotowaniu) "Okruchy mojego życia".

Powstanie PZSP spowodowało istne "trzęsienie ziemi" wśród komunistów na zwyczajowo "Czerwonym Śląsku", jako że równocześnie Kazimierz Świtoń zaczął tworzyć tam niezależne związki zawodowe. W 1978 roku wezwano Ojca na "rozmowę" do Sztabu Śląskiego Okregu Wojskowego z Zarządem Politycznym LWP w Katowicach, a następnie wezwano Ojca do Wrocławia, do tamtejszego Sztabu Okręgu. Impet komunistów był tym większy, że w międzyczasie Kardynał Karol Wojtyła został wybrany na konklawe Ojcem Świętym. Początkowo próbowano Ojcu wyperswadować "niewłaściwość postępowania syna" oraz "uświadamiać" Ojca (śmiechu warte !) na temat szkodliwości działania Koscioła w Polsce. Do dowcipu rodzinnego przeszedł cytat jednego z politruków z tej "rozmowy": "Bo wiecie, obywatelu majorze - Kościół w Polsce jest tak perfidny, że zniósł post w piątki po to, by pogłębić nasze trudności gospodarcze !" Ojciec opowiadał to płacząc ze śmiechu ! 

Sytuacja jednak śmieszną nie była, bo Ojciec nie poszedł na ich propozycję, by wpłynął na mnie, bym - za ich zezwoleniem - działał nadal ale jako ich agent. Stąd wezwano Ojca na "zasadniczą rozmowę" do Sztabu do Wrocławia. Tam już grożono, zaczynając od postawienia Ojca i mnie przed sądem na podstawie aresztowania nas obu w 1977 roku przez KGB w Kaukazie pod zarzutem... szpiegostwa na rzecz CIA. Rzeczywiście, fakt taki miał miejsce podczas naszej wycieczki samochodem przez Ukrainę i część Rosji do Gruzji, Azerbejdżanu i Armenii. Wypuszczono nas wtedy (dzięki Gruzinom tylko), lecz od tego czasu mieliśmy zakaz wyjazdu do krajów bloku komunistycznego. Ojciec się ich zapytał z ironią czy bedzie nas sądził sąd w PRL czy też dostaniemy ekstradycję do Związku Sowieckiego. Wtedy zmienili front i zaczęli grozić wyrzuceniem mnie ze studiów oraz Ojca z pracy, zamknięciem kwiaciarni i konsekwencjami podatkowo-sądowymi. Ojciec wysłuchał tego i zapytał się ich, czy jeszcze jakieś inne konsekwencje mają w zanadrzu, bo to trochę zbyt mało, by go przekonać. Na odpowiedź, że nie mają zapytał: "Którędy do wyjścia ?"

Oczywiście, Ojca zwolnili w terminie natychmiastowym z wojska, każąc jeszcze uprzednio mu się stawić przed komisją lekarską - jakoś nie bardzo skłonni byli wyrzucić Ojca bez pozorów "praworządności komunistycznej", zwłaszcza że Ojciec miał za sobą 22-letni staż służby wojskowej, a i był uważany za jednego z lepszych specjalistów transportu wojskowego w Układzie Warszawskim. Ojciec stawił się na komisję, która wydała dwa orzeczenia z tego samego dnia. W pierwszym czytamy, że Ojciec ze wzgledu na zły stan zdrowia zostaje przeniesiony do rezerwy, a w drugim, ze ze wzgledu na dobry stan zdrowia Ojcu nie przysługuje emerytura wojskowa. Odmówiono mu także dodatkowego świadczenia tzw. "wysługi lat" - w ten sposób wywalono Ojca z LWP całkowicie i bez żadnego zobowiązania.

W międzyczasie spełniono też pozostałe groźby: mnie usunięto z tzw. "wilczym biletem" z Politechniki Śląskiej w Gliwicach, przeprowadzono rewizję w kwiaciarni u Matki, gdzie pod pozorem właściwego rozliczania się z podatków wertowano np. książeczkę do nabożeństwa i szukano schowanych nadliczbowych kwiatów u Matki w torebce etc. Po takiej "kontroli" zniknął utarg bieżący i pieniądze, przygotowane na zakup nowej partii towaru... Ich wściekłość poszła o wiele dalej. Moja siostra zaczęła mieć wielkie problemy w szkole i trzeba było ją przenieść do innej, lecz i tam od razu niszczono ją ocenami niedostatecznymi. 

Od razu też otrzymałem powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Była to decyzja płk Czesława Kiszczaka. Wyznaczono mi dwutygodniową datę stawienia się do WKU w Katowicach. Ale tutaj rozpoczął się kontratak mojego Ojca i jego organizacji. Płk Kiszczak nie spodziewał się, że trafi na kamień organizacji, o której nie miał pojęcia, a która miała swoich oficerów również w kontrwywiadzie. Od jednego z nich Ojciec dowiedział się natychmiast o instrukcji płk Kiszczaka na temat umieszczenia mnie od razu w słynnej kompanii karnej w Orzyszu. Na polecenie Ojca (czytaj: organizacji wojskowej) zameldowałem się... do szpitala MSW w Katowicach, który obsługiwał również MON. Szpital MON był w Gliwicach, więc - ze zrozumiałych wzgledów - tam nie mogłem pójść. Na podstawie starych wpisów w książeczce zdrowia z czasów dzieciństwa ordynator oddziału neurologicznego dorobił mi "legendę" o konieczności przeprowadzenia dodatkowych badań pod kątem zdolności do służby wojskowej. Tego płk Kiszczak nie spodziewał się a i raczej trudno było mu napaść na lekarzy z własnego resortu. 

Jednocześnie Ojciec pojechał do Lublina, a stamtąd do Księdza Prymasa Wyszyńskiego, który już coś wiedział o sprawie i zadecydował o podjęciu natychmiastowych działań do przyjęcia mnie na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Tak się stało, później zameldowałem się w WKU w Lublinie by odebrać decyzję o przeniesieniu mnie do rezerwy ze względu na studia. Płk Kiszczak trafił na mojego Ojca - to była pierwsza odsłona ich walki.

Rodzice również zmienili miejsce zamieszkania - kupili w Grodzisku Mazowieckim posiadłość z domem za resztę pieniędzy, jaka im pozostała po likwidacji kwiaciarni. Ojciec niemalże "z marszu" zreorganizował organizację oficerów, a jednocześnie wszedł w kontakt z ks. Leonem Kantorskim z koscioła świętego Krzysztofa w Podkowie Leśnej. Szybko znalazł z nim wspólny język i rozpoczął prowadzenie sklepiku przykościelnego, w którym - już po Sierpniu 1980 roku - poza dewocjonaliami i wydawnictwami religijnymi dominowały wydawnictwa niezależne z całej Polski. Ja również dostarczałem każdego piątku wieczorem wydawnictwa z Lublina i okolic oraz "Spotkania" (pewną ich pule dostawałem od Janusza Krupskiego za pomoc w produkcji). Przykościelny sklepik, prowadzony przez Ojca, był dla mnie okazją do poznania wielu wspaniałych ludzi, kiedy przyjeżdzałem na weekendy z Lublina czy też wreszcie podczas wakacji. Ojciec szybko zaprzyjaźnił się tam ze słynnym dowódcą AK por. Antonim Hedą - Szarym, z którym i ja również miałem okazję wielu serdecznych rozmów.

W stanie wojennym powstał w Podkowie Leśnej Parafialny Komitet Pomocy Bliźniemu, w skład którego wszedł i mój Ojciec. Działalność i sam Komitet ja jednak poznałem dopiero pod koniec roku 1986, kiedy uwolniono mnie z więzienia. Zostałem bowiem aresztowany na początku marca 1982. Razem ze mną aresztowano również Ojca, którego zwolniono. Rewizja, dokonana przez hordy MO i ZOMO, pałowanie i inne "humanitarne przyjemności" reżymu komunistycznego, ponownie dotknęły moją rodzinę. Podczas rewizji zabrano wiele wydawnictw niezależnych, Dom moich rodziców wyglądał jak po przejściu ordy tatarskiej, a "dzielni funkcjonariusze" z Pałacu Mostowskich w Warszawie rabowali wszystko, co miało dla nich jakąkolwiek wartość (pieniądze, biżuteria etc.) Mojego Ojca spałowano jak nakazywał komunistyczny savoir vivre, zaś siostrze połamano nos w wielu miejscach w charakterze "zaproszenia do rozmowy", zresztą nieudanego.

O rozmiarach zniszczeń dowiedziałem się od Rodziców dopiero po kilku miesiącach, kiedy mogłem ich widzieć. Czasami na widzeniach więziennych Ojciec mi opowiadał o działalności Komitetu Pomocy Bliźniemu w Podkowie Leśnej, opowiadał mi o połączeniu się organizacji oficerów z podobną organizacją z Wielkopolskiego Sztabu Okręgu z płk Dorffem i wreszcie o powstaniu już organizacji pod nazwą "Viritim". W warunkach więziennych rosło mi serce, słysząc te wiadomości. Nie znałem szczegółów (na nie przyszedł czas już po moim wyjściu z więzienia), ale wiedziałem, że Ojciec nie pozostaje biernym i że nic z tego, o co się obaj baliśmy, nie wpadło w związku z moim aresztowaniem.

Od czasu mojego aresztowania i podczas całego okresu więziennego Ojciec zaprzyjaźnił się szczególnie mocno z jednym z moich obrońców - mec. Władysławem Siłą-Nowickim. Mec. Siła-Nowicki zawsze nazywał mnie "młodszym kolegą" i podczas całego mojego okresu uwięzienia wspierał wszelkie wysiłki Ojca, który jeszcze w międzyczasie stoczył kolejny - zwycięski bój w mojej sprawie. Chodziło o umożliwienie mi kontynuacji studiów historycznych na KUL-u w warunkach więziennych. Wydawało się, że taki pomysł jest wprost nierealny, a jednak... Zawsze powtarzam, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Ojciec do pomysłu kontynuacji moich studiów zyskał od razu wielką przychylność i wsparcie ze strony KUL-u oraz Episkopatu chociaż nie wierzono, że to może przejść. W trzecim roku mojego uwięzienia, gdy przebywałem we wrocławskim więzieniu na ulicy Kleczkowskiej, pozwolono Bibliotece KUL dostarczać mi książki, potrzebne do zdawania egzaminów. Całość transportu comiesięcznego wziął na siebie właśnie Ojciec, zaś konieczne pozycje były dla mnie wybierane starannie w Bibliotece KUL dzięki Panu Paluchowskiemu - dyrektorowi Biblioteki oraz Pani Truskolaskiej, która dopilnowywała każdego miesiąca przygotowania paczki z książkami. Na każde, comiesięczne widzenie, Ojciec zabierał ze sobą nowe pozycje, a opracowane już przeze mnie zabierał z powrotem do Biblioteki. Mój przypadek był pierwszym i nie wiem czy nie jedynym takim przypadkiem w historii PRL. Pierwsze zezwolenie musiało juz zaowocować i zaowocowało następnym, na podstawie którego dopuszczono do mnie do więzienia egzaminatorów z KUL-u. Jako pierwszy przyjechał do mnie jako egzaminator prof. Ryszard Bender, a wkrótce po nim prof. Czesław Bloch. I te walkę Ojciec wygrał.

Pamiętam dzień 9 października 1986 roku i moje ostatnie widzenie więzienne z Rodzicami. Ojciec wszedł na salę widzeń uśmiechnięty jak nigdy, Matka zresztą też. Ojciec krótko powiedział: "Gratuluję Ci odzyskania wolności - przyjechaliśmy po Ciebie !"Patrzyłem na Ojca z obawą o jego zdrowie psychiczne - niczego nie rozumiałem. Bo przecież ani mnie ani ks. Zycha żadna komunistyczna amnestia nie obejmowała. Dopiero po chwili Ojciec mi wyjaśnił, że na podstawie postanowienia Prokuratora Generalnego PRL mamy być natychmiast wypuszczeni, a decyzja zapadła w kilka godzin po próbie rozmów gospodarczych delegacji PRL w Wiedniu z delegacją USA z Panami Schultzem i Bushem na czele. Delegacja USA po prostu wyszła z sali obrad na odpowiedź, że ks. Zych i ja jeszcze przebywamy w więzieniu. Następnego dnia Prokurator Generalny PRL wydał postanowienie o naszym uwolnieniu.

Ojciec otrzymał informację o moim uwolnieniu od mec. Siły-Nowickiego, do którego z kolei zadzwonił osobiście gen. Czesław Kiszczak. Dlatego zaraz po widzeniu ze mną Ojciec wparował do naczelnika więzienia wrocławskiego z krótkim komunikatem, że przyjechał zabrać syna. Próbowano się dopytać Ojca skąd ma taką informację, lecz on kwitował to krótko: "Nie Wasz zasmolony interes." Kilka dni później okazało się - jak poinformował już nas obu niezastąpiony mec. Siła-Nowicki - że władze więzienne otrzymały już takie polecenie jako tajne z jednoczesną instrukcją, by moje uwolnienie nastąpiło dopiero następnego dnia po wizycie Ojca. Chodziło o to, że następnego dnia Ojciec miał ważne spotkanie w Warszawie, którego nie mógł przełożyć, zaś komuniści obawiali się, że przy obecności mojego Ojca może dojść do jakiejś manifestacji przed więzieniem czy czegoś w tym rodzaju. Na taką sytuację też Ojciec mnie przygotował, dlatego na widzeniu powiedział, że w razie gdyby mnie nie wypuścili tego samego dnia mam zastosować tzw. Plan B. Polegał on na tym, że miałem się skierować od razu ku najbliższemu kościołowi do kapelana więziennego ks. Wojciecha. Tak też zrobiłem następnego dnia i stamtąd jeszcze dzień później odebrał mnie Ojciec.

Kilka dni później zasiedliśmy z Ojcem w mieszkaniu mec. Siły-Nowickiego na Kruczej w Warszawie przy aromatycznej herbacie, przygotowanej przez Panią Irenę - żonę mecenasa i tam dowiedzieliśmy się innych kulisów mojego uwolnienia. Okazało się, że w godzinę po wizycie mojego Ojca u naczelnika więzienia do mec. Siły-Nowickiego ponownie zadzwonił gen. Kiszczak, znający juz treść rozmowy między Ojcem a naczelnikiem więzienia. Powiedział do mecenasa: "Majora Matejczuka znam od lat. Proszę mu przekazać moje podziękowanie za to, że nie ujawnił źródła informacji o uwolnieniu syna. Szkoda, że jesteśmy po różnych stronach barykady." Było to w najwyższej mierze szokujące tak dla Ojca jak i dla mnie podziękowanie od człowieka, z którym przyszło nam przez wiele lat walczyć. Zwłaszcza Ojcu.

Po wyjściu z więzienia musiałem jakoś znaleźć się w otaczającej mnie rzeczywistości. To nie przychodziło łatwo, a już na 11 listopada dostałem zaproszenie od Parafialnego Komitetu Pomocy Bliźniemu w Podkowie Leśnej do oficjalnego wystąpienia powitalnego podczas mszy za Ojczyznę, którą odprawiał ks. Leon Kantorski. Wtedy po raz pierwszy i Ojciec, i ja, i parafianie z Podkowy Leśnej doświadczyli działalności tzw. "nieznanych sprawców". W nocy z 10 na 11 listopada zniszczyli oni przed kosciołem figurę świętego Krzysztofa - patrona parafii. 

Aktywność Ojca w tym czasie była nadal niespożyta, podobnie jak i do końca jego dni. Pomagałem mu jak mogłem, lecz dokończenie studiów na KULu, pisanie pracy, założenie rodziny, przyjście na świat córki oraz studia doktoranckie nie bardzo pozwalały mi na to czasowo. Tym niemniej z zapałem rzuciłem się do przygotowania pierwszej, niezależnej Pielgrzymki do Katynia i Ostrej Bramy, którą organizował mój Ojciec w ramach działalności w Komitecie Pomocy Bliźniemu w Podkowie Leśnej. Był to rok 1988 i wszędzie trąbiono o pierestrojce Gorbaczowa. Ojciec postanowił przetestować realność owej pierestrojki pomysłem, nad którym wielu kręciło z niedowierzaniem głowami nawet w samym Komitecie.

Mając poparcie ks. Leona Kantorskiego, który powiedział tylko: "Wiesiek, chyba wiesz, co robisz i na co się porywasz." oraz samego Komitetu, Ojciec zwrócił się do władz sowieckich i biura podróży "Kalinka" o możliwość zorganizowania takiej pielgrzymki. Dotychczas władze sowieckie zezwoliły Episkopatowi Polski na umieszczenie drewnianego krzyża w Katyniu i to miała być na razie ich cała dobra wola w przekonaniu o nowej polityce sowieckiej głasnosti. Ojciec postanowił pójść o wiele dalej i na liście pielgrzymów - poza Komitetem - znalazły się dzieci pomordowanych w Katyniu oficerów z Podkowy Leśnej i okolic oraz internowani i więzieni działacze "Solidarności" oraz opozycji. Taką listę przygotowaliśmy i taka została przedstawiona do sowieckiego biura "Kalinka". Niewielu wierzyło w powodzenie przedsięwzięcia, zwłaszcza że odpowiedź nie przychodziła bardzo długo. 

Zaraz po Nowym Roku 1989 roku opisaliśmy z Ojcem dokładnie starania o zezwolenie na pielgrzymkę, opracowaliśmy tzw. List otwarty do Michaiła Gorbaczowa i zestawiliśmy z tym komplet kopii dokumentów złożonych do biura "Kalinka". Ojciec umieścił wszystkie te dokumenty u jednego ze swoich oficerów z organizacji "Viritim", a następnie na spotkaniu Komitetu przedstawiliśmy projekt posłania pliku dokumentów na Zachód, do rządów państw oraz rozgłośni takich jak RWE czy Głos Ameryki. Ojciec wiedział doskonale, że w Komitecie jest osoba, która natychmiast powiadomi kontrwywiad PRL oraz prawdopodobnie KGB. Komitet poparł wniosek Ojca, w którym wyraźnie było powiedziane, że jeśli w terminie do 5 dni nie dostaniemy odpowiedzi od strony sowieckiej, podejmujemy akcję wysyłki dokumentów. Dwa dni później na ręce ks. Leona Kantorskiego przyszła kurierem zgoda strony sowieckiej, wystosowana przez biuro podróży "Kalinka". 

W kwietniu 1989 roku nasza pielgrzymka, licząca dwa autokary, stanęła przy grobach pomordowanych oficerów polskich w Katyniu. Dookoła od pozostałej części posiadłości NKWD a wtedy KGB otaczał nas żelazny parkan z bramą. Prostokątne mogiły i napisy stale fałszujące historię w językach: polskim i rosyjskim, oskarżające Niemców o dokonanie tej bestialskiej zbrodni w 1941 roku. Ks. Leon Kantorski wraz z ks. Zbyszkiem odprawili mszę świętą polową pod krzyżem katyńskim - za ołtarz posłużył im jeden z grobów. Było to niesamowite przeżycie i kolejne zwycięstwo mojego Ojca, który nigdy nie wierzył w niemożność doprowadzenia do końca czegoś, co zaczął.

W 1989 roku, po zamordowaniu ks. Sylwestra Zycha przez tzw. "nieznanych sprawców" i stopniowym zaciskaniu się zagrożeń z ich strony w stosunku do mnie i mojej rodziny, musiałem ewakuować się z Polski oraz ewakuować również moją żonę i córkę, co nastąpiło w 1990 roku. Kontakt z moimi rodzicami siłą rzeczy i odległości nieco się poluzował. Tym niemniej Ojciec odwiedził mnie po raz pierwszy w USA w 1992 roku i wtedy dowiedziałem się, że otrzymał z Ministerstwa Obrony Narodowej odpowiedź na pismo, w którym domagał się po "okrągłym stole" przywrócenia go do czynnej służby wojskowej. Nawet wtedy grzecznie, lecz odmownie rozpatrzono jego sprawę, zaś ówczesny minister wiceadmirał Kołodziejczyk awansował go do stopnia podpułkownika WP. Stale działały stare, komunistyczne koterie, które nie mogły wyjść z podziwu i obaw po ujawnieniu się w 1991 roku organizacji "Viritim", o której wcześniej nie miały pojęcia.

Nie znaczy to, że ujawniła się całość organizacji. na blisko 300 oficerów, należących do konspiracji, ujawniło się kilkunastu jako tych, którzy mogli reprezentować całość w ewentualnych rozmowach, prowadzących do ujawnienia się pozostałych. W tej liczbie był i mój Ojciec. Jak było do przewidzenia, ujawnienie się grupy reprezentatywnej spowodowało istne "trzęsienie ziemi" w stale zdominowanym przez postkomunistów wojsku oraz w elitach ówczesnej władzy. Do rozpracowywania "Viritim" rzuciła się WSI i jej agendy. Z tego powodu nigdy nie doszło do ujawnienia się wszystkich oficerów wojska polskiego, którzy w latach komunizmu tworzyli antykomunistyczną organizację w samym sercu siły totalitarnej. Wśród ujawnionych był też Przyjaciel mojego Ojca płk Henryk Michalaski ze Sztabu Generalnego w Warszawie, z którym miałem okazję parokrotnie się spotkać. 

Lata 90-te to kolejny rozdział w działalności mojego Ojca. Jeszcze z czasów działania Parafialnego Komitetu Pomocy Bliźniemu w Podkowie Leśnej zawiązała się przyjaźń ze wspaniałym publicystą Jackiem Maziarskim i jego żoną Anną. To sprawiło, że Ojciec czynnie włączył się w organizację Porozumienia Centrum, wchodząc z Jackiem w skład kierownictwa tej partii. 

Nie oznacza to bynajmniej, że działalność Ojca w czasach Rzeczypospolitej Pookrągłostołowej usłana była różami. Wręcz przeciwnie. Po częściowym ujawnieniu się organizacji "Viritim" dostawał informacje od stale pozostających w konspiracji kolegów o tym, ze jest inwigilowany. Zdawał sobie z tego sprawę. Podczas swoich odwiedzin u mnie w Stanach często mi wspominał, że niektóre osoby, z którymi utrzymywał towarzyskie kontakty były wręcz zastraszane przez "niezidentyfikowanych osobników". Nie mogąc inaczej podejść mojego Ojca, ówczesne słuzby WSI postanowiły otoczyć go woalką izolacji i obaw osób trzecich przed kontaktem z nim. Sam miałem okazję przekonać się o tym naocznie.

W 1993 roku, podczas kolejnej wizyty mojego Ojca u mnie postanowiłem odwiedzić moich Przyjaciół z Kanady - Alicję i Grzegorza Staszewskich, zaś Ojcu zafundować kilkudniowe zwiedzanie tego kraju. O moich planach wiedziała - poza oczywiście mną samym i Ojcem - moja żona i pewien osobnik, który okazał się - jak wszystko na to wskazuje - agentem wiadomych służb wschodnioeuropejskich na terenie USA. Przybyliśmy do nich późnym popołudniem, a w nocy zbudził nas blask płomieni, którymi płonął ich samochód. Od razu wypchałem moja Toyotę, która znajdowała się około pół metra od samochodu Staszewskich. Ich samochodu nie dało się uratować - płonął jak pochodnia... Wezwani strażacy ugasili pożar, który właśnie "przypadkowo" wybuchł w samochodzie przed domem dokładnie w godzinach odwiedzin mojego Ojca i moich... Szczególny zbieg okoliczności ? Zwłaszcza, że właśnie na tę jedną, jedyną noc zatrzymaliśmy sie u Grzegorza i Alicji Staszewskich.

W późniejszych latach zarówno Ojciec jak i Matka - po otrzymaniu tzw. "zielonych kart" częściej mnie odwiedzali. Ojciec współpracował z Ligą Polskich Rodzin po rozwiązaniu się Porozumienia Centrum. Jednak jego współpraca zarówno z powstałym w 2001 roku Prawem i Sprawiedliwością jak i z Ligą Polskich Rodzin była z pozycji osoby wspomagającej "dobre i słuszne idee" dla Polski. Utrzymywał doskonałe kontakty zarówno z Jarosławem Kaczyńskim czy Jackiem Maziarskim jak też z Janem Łopuszańskim. Zawsze powtarzał, że polska prawica powinna się zjednoczyć po prostu pod hasłem: Polska. Powstanie - na początku niewielkiej i nieliczącej się partyjki pod nazwą - Platforma Obywatelska,  wyzwoliło w nim najgorsze przeczucia. Podczas jednej z wizyt u mnie powiedział: "Syneczku, mam obawy, że w tej Platformie znajdą upust najgorsze elementy zdegenerowanych i zmanierowanych pseudodziałaczy opozycyjnych, których najważniejszą wartością jest pieniądz... Nieważne jakim kosztem. I nieważne, że kosztem Polski oraz polskiej wiary." Wtedy tego nie bardzo rozumiałem, bo przecież PO było tylko jakimś malutkim idiotyzmem, partyjką na miarę kanapową. Nawet sam powiedziałem Ojcu, by tym się nie przejmował, bo tyle partyjek się natworzyło, że jedna mniej, jedna więcej naprawdę nie robi różnicy. 

W drugiej połowie 2007 roku okazało sie, że moja Matka ma raka żołądka i wątroby, spowodowanego chorobą popromienną. W 20 lat po Czernobylu Matka stała się kolejną ofiarą. Sam wydzwaniałem do zaprzyjaźnionych lekarzy na całym świecie i faksowałem im wyniki badań. Wszyscy natychmiast się mnie pytali czy moja Matka pracowała przy nuklearnych urządzeniach... Bo to był taki typ tego raka...

We wrześniu 2007 roku, natychmiast po potwierdzeniu raka popromiennego i kiedy nie było już żadnych szans na leczenie, poleciałem do dawnej Polski, by pożegnać się z Matką na zawsze. Ojciec bardzo to przeżywał i sam nie bardzo wiedział, co dalej. Do końca trwał przy Matce i do końca próbował przedłużyć jej życie. Niestety - 7 stycznia 2008 roku Matka zmarła. 

Ojciec rzucił sie w wir działalności dla Polski. Jednakże w dniu 5 grudnia 2008 roku zginął w tzw. "wypadku samochodowym" w okolicach Opoczna. 

Stanisław Matejczuk

Od Redakcji Polonia Semper Fidelis:

Ppłk. Wiesław Matejczuk zginął w wypadku samochodowym koło Opoczna dnia 5 grudnia 2008 roku. Okoliczności wypadku nigdy do końca nie zostały wyjaśnione, pozostawiając wiele wątpliwości. 

 

 

Zdjęcia

Wiesław Matejczuk jako kadet szkoły oficerskiej 

we Wrocławiu w 1954 roku.  

(ze zbiorów prywatnych)

Por. Wiesław Matejczuk z żoną Leokadią i synem Stanisławem we Wrocławiu - przełom 1958/1959

(ze zbiorów prywatnych)

Por. Wiesław Matejczuk z żoną Leokadią i synem Stanisławem w Dolinie Kościeliskiej - rok 1963

(ze zbiorów prywatnych)

Mjr Wiesław Matejczuk w roku 1978

(zdjęcie zniszczone przez SB podczas aresztowania w marcu 1982 roku)

(ze zbiorów prywatnych)

Polowa msza święta pielgrzymki z Podkowy Leśnej odprawiona przez ks. Leona Kantorskiego w dniu 7 kwietnia 1989 roku na grobach pomordowanych  oficerów polskich w Katyniu.

Modlitwę wiernych czytają mjr Wiesław Matejczuk i Jacek Maziarski.

(ze zbiorów prywatnych)

7 kwietnia 1989 w Katyniu. Pod krzyżem Episkopatu Polski mjr Wiesław Matejczuk z żoną Leokadią i synem Stanisławem obok wieńca przywiezionego z Polski przez Stanisława.

(ze zbiorów prywatnych)

Lato 1989 - przed domem mjra Wiesława Matejczuka w Grodzisku Mazowieckim podczas wizyty Sióst Dominikanek ze Świętej Anny oraz rodziny Stankiewiczów z Łotwy. Od lewej (stoją): Siostra Kinga, mjr Wiesław Matejczuk, Siostra Paula, Iwona Matejczuk, Matka Alberta, Żanna, Ewelinka oraz Ryszard Stankiewicz. Niżej: Leokadia Matejczuk z wnuczką Anią.

(ze zbiorów prywatnych)

Sekretariat Porozumienia Centrum w 2000 roku. Środkowa trójka: ppłk Wiesław Matejczuk, Jacek Maziarski i Jarosław Kaczyński.

(z archiwum Prawa i Sprawiedliwości)

Wizyta ppłk Wiesława Matejczuka oraz jego syna Stanisława u Alicji i Grzegorza Staszewskich w Toronto, Kanada w 1993 roku. W nocy samochód państwa Staszewskich został spalony przez "nieznanych sprawców" - widok samochodu z rana.

(ze zbiorów prywatnych)

Rok 2007. Jedno z ostatnich zdjęć ppłk Wiesława Matejczuka z żoną Leokadią.

(ze zbiorów prywatnych)

Grób ppłk Wiesława Matejczuka i jego żony Leokadii w Grodzisku Mazowieckim. Rok 2008.

(ze zbiorów prywatnych)

5 grudnia 2008 roku - Kozenin koło Opoczna. Zdjęcie wykonane około 5-10 minut po tzw. "wypadku", w którym - poza ppłk Wiesławem Matejczukiem zginęły dwie towarzyszące mu osoby, w tym jedna na tylnym siedzeniu. Na zdjęciu widać ppłk Wiesława Matejczuka śpiącego na lewej ręce. Zdjęcie wykonane około godziny 14:30 miejscowego czasu przy prostej drodze i w ładnej pogodzie. Zginęli również na miejscu: dr Hanna Karolczuk i dr Burakowski.

(ze zbiorów miasta Opoczna oraz tamtejszej prasy)

Na początek

 

 

Dokumenty 

(w fazie uzupełniania)

 

Świadectwo ppor Wiesława Matejczuka ze szkoły oficerskiej we Wrocławiu.

 

Tzw. "wyciąg z rozkazu nr 7" przesłany do mjr Wiesława Matejczuka dopiero w roku 1980 (wyrzucony z wojska w marcu 1979 roku)

 

Orzeczenie lekarskiej komisji wojskowej z 1979 roku.

Pismo Ministerstwa Obrony Narodowej RP  z 1991 roku jako odpowiedź na pismo mjra Wiesława Matejczuka, żądającego przywrócenia go do czynnej służby wojskowej dla dobra Rzeczypospolitej (strona 1)

 

Pismo Ministerstwa Obrony Narodowej RP  z 1991 roku jako odpowiedź na pismo mjra Wiesława Matejczuka, żądającego przywrócenia go do czynnej służby wojskowej dla dobra Rzeczypospolitej (strona 2)

 

Pismo ministra obrony narodowej wiceadmirała Piotra Kołodziejczyka z 1991 roku awansujące do stopnia podpułkownika Wiesława Matejczuka

 

 

Na początek

 

© Copyright by Polonia Semper Fidelis

setstats 1

setstats 1