Wersja polska   Polska   English version   Wielka Brytania   Version en Español    

 

Strona Główna

Organizacja

Księga Gości

Akademia Polska

Wiadomości

Poczta

Czat

Ruch obrony życia

Dokumenty i Materiały PSF

Humor i Satyra

Komunikaty PSF

Blog

Z życia Polonia Semper Fidelis

Solidarność Sprawy polskie na Litwie Warto przeczytać Galerie Tragedia smoleńska

Porady Emigracyjne

Polskie Drogi Ogłoszenia Drobne Listy do Redakcji O nas Kontakt z nami
Wieści ze Lwowa Kluby Gazety Polskiej Książki warte przeczytania USOPAŁ Dział sportowy
Polonii Semper Fidelis
Kącik kulturalny

 

NASZA

FILMOTEKA

DOKUMENTU

 

 

Zaprzyjaźnione strony:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

Liczba odwiedzin:

 

 

Sprawy Społeczne - Świat

 

Beata Falkowska

 

Biznes na dzieciach 

 

(Nasz Dziennik)

 

Z Jörgiem Großelümernem, z niemieckiej organizacji Netzwerk Bildungsfreiheit (Sieć Wolnej Edukacji), rozmawia Beata Falkowska.

 

Ile dzieci zostało odebranych rodzicom w Niemczech w ubiegłym roku?

– Jugendamty, czyli urzędy ds. młodzieży, odebrały w 2012 roku 40 tys. 200 dzieci. To o 5 proc. więcej niż w 2011 roku. Liczba odbieranych dzieci w Niemczech od kilkunastu lat stale wzrasta.

Jakie są główne powody tych decyzji?

– W pewnych przypadkach mamy do czynienia z zaniedbywaniem dzieci, z przemocą w rodzinie, przemocą psychiczną – tu pewne rzeczy mogą być ciężkie do weryfikacji. Jednak w bardzo wielu sytuacjach odebranie dziecka jest wynikiem konfliktów pomiędzy rozwodzącymi się rodzicami, którzy walczą o prawo do opieki nad potomkiem. Jeśli któreś z rodziców jest obcokrajowcem, jest to wykorzystywane jako negatywny argument w walce o dziecko. Czasami nastoletni, młodociani rodzice stają przed problemami, które Jugendamty uznają za przerastające ich. W kilku przypadkach proceder odbierania dzieci dotknął rodziców uczących dzieci w domu, bo homeschooling [nauczanie domowe – przyp. red.] w Niemczech jest nielegalny. Prawo nie zezwala na nieposyłanie dzieci do szkoły z przyczyn związanych z sumieniem, ze względu na obiekcje moralne czy religijne. W 2006 roku niemiecki sąd najwyższy orzekł, że rząd może odebrać takim rodzicom prawo do opieki nad dziećmi.

Polską opinię publiczną najbardziej zelektryzowała sprawa rodziny Romeike, która uciekła z Niemiec do USA z pięciorgiem dzieci, gdy z powodu edukacji domowej zagrożono jej utratą praw rodzicielskich.

– Wymierzono jej także horrendalnie wysoką grzywnę, ich dzieci do szkoły eskortowała policja. Rodzina w 2006 r. wyjechała do USA, poprosiła o azyl polityczny z powodu dyskryminacji i otrzymała go, gdyż sąd imigracyjny uznał, że w ich przypadku niemieckie władze naruszyły podstawowe prawa człowieka. Obecnie także z takich samych powodów, jak rodzina Romeike, Thomas i Marit Schaumowie starają się o azyl w USA. W sierpniu br. ekipa 20 osób: pracowników socjalnych, policjantów i funkcjonariuszy służb specjalnych, wtargnęła do domu Dirka i Petry Wunderlichów w Darmstadt, którzy uczyli w domu czworo swoich dzieci w wieku od 7 do 14 lat. To po prostu był atak. A powód był tylko jeden: nielegalny homeschooling. Dzieci zostały zabrane w nieznane miejsce, a przedstawiciele władz biorący udział w akcji poinformowali Wunderlichów, że w najbliższym czasie nie zobaczą swoich dzieci.

Aż nie chce się wierzyć, że jedyną przyczyną była edukacja domowa.

– W nakazie sądowym wydanym przez sąd rodzinny mowa jest tylko o odmowie przez Wunderlichów wypełniania obowiązku szkolnego. Sędzia zezwoliła także na użycie środków przymusu, czyli po prostu przemocy wobec dzieci, argumentując, że dzieci mogły przejąć poglądy rodziców na temat homeschoolingu i policja może spodziewać się braku współpracy zarówno ze strony rodziców, jak i dzieci. Wunderlichowie kilka lat przebywali za granicą, gdzie mieli warunki do edukacji domowej, ale gdy Dirk stracił pracę, powrócili do Niemiec.

Dzieci wróciły do rodziców?

– Obecnie pod presją władz i całej tej sytuacji rodzice zgodzili się na uczęszczanie dzieci do publicznej szkoły (jak nakazał sąd), gdyż oczywiście najważniejszy był powrót dzieci do domu. Pod presją międzynarodowych organizacji wróciły one do domu. Dodam, że Jugendamty różnią się między sobą w zależności od regionu, miejscowych władz, samego lokalnego Jugendamtu, sytuacji rodziny. Są na przykład rodziny prowadzące nauczanie domowe, które w ogóle nie mają problemu z Jugendamtem. Niektóre urzędy oceniają, że nauczanie domowe to nie problem i nie stwierdzają zagrożenia dla dziecka. Przede wszystkim sąd rodzinny ma decydować w tej sprawie, ale w przypadkach, gdy Jugendamt postanawia zwrócić się do sądu rodzinnego, ten staje po stronie urzędu. Nieposyłanie dziecka do szkoły jest w całych Niemczech uznawane za wykroczenie administracyjne, tylko w Hesji jest to przestępstwo zapisane w kodeksie karnym. W sytuacji, gdy rodzina jest otwarta, to znaczy Jugendamt może ją obserwować, a dzieci mają zewnętrzne relacje, to nie wymusza odebrania opieki. Rodzi to jednak pole do nadużyć, zachęca do składania donosów. Kilka tygodni temu pojawił się przypadek odebrania dzieci na podstawie nagrania z ukrytej kamery, która zarejestrowała dyscyplinowanie dzieci.

Jakie są losy rodziców aresztowanych w Niemczech z powodu nauki dzieci w domu? Czy mieli wsparcie takich organizacji jak Pańska?

– Obecnie w więzieniu nie przebywa żaden z rodziców uczących dzieci w domu. W większości przypadków musieli oni zapłacić grzywnę lub też wytoczono im sprawę sądową z wolnej stopy. HSLDA, największa organizacja homeschoolingowa z USA, bardzo angażowała się w te sprawy. Netzwerk Bildungsfreiheit, niemieckie stowarzyszenie rodziców wybierających edukację domową, jest niewielkie i ogranicza swą pomoc do porad prawnych. Nasze środki i możliwości działań prawnych są bardzo ograniczone, gdyż przegraliśmy wszystkie sprawy sądowe w ostatnich latach.

Co Pan osobiście sądzi o działalności Jugendamtów?

– Sądzę, że są niebezpieczne dla wielu rodzin, gdyż generują możliwość szeregu nadużyć. Jeżeli rodzina jest w jakiś sposób inna, to bywa oskarżana o rzeczy, które nie są istotą sprawy. Pojawiają się fałszywe oskarżenia i nie można się przed nimi bronić, a poza tym Jugendamt działa w ścisłej współpracy z sądem rodzinnym. Naprawdę rzadko zdarza się możliwość wygrania z ich połączonymi siłami. Obie te instytucje mają prawie nieograniczoną władzę. Kiedy sąd stwierdza, że dobro dziecka jest narażone na niebezpieczeństwo, to skutkuje to nakazem odebrania dziecka, a jedyną bazą do tego wyroku jest wiara w to, co mu przedkłada Jugendamt. W większości przypadków, nie wszystkich, sąd nie prowadzi dokładnego dochodzenia, ale wierzy Jugendamtowi. Rodzice nie mają możliwości zrobienia niczego, poza odwołaniem się do sądu wyższej instancji, ale w większości przypadków to nie pomaga.

Podziela Pan tezę, że za procederem tak masowego odbierania dzieci stoi żyjąca z tego armia urzędników, pracowników socjalnych, psychologów?

– Tak, myślałem o tym. Nie mogę tego udowodnić, ale w wielu przypadkach sądzę, że tak jest. Istnieje stojący za tym przemysł ciągnący zyski. Na przykład rodziny zastępcze, domy opieki. To wszystko są konkretne pieniądze dla konkretnych ludzi. Na przykład państwo Wunderlichowie musieli zapłacić 4 tys. euro miesięcznie za każde dziecko z tytułu pobytu w rodzinie zastępczej, chociaż wcale nie chcieli ich oddawać. Nie każdy jest w stanie tyle zapłacić. Sądzę, że są osoby i instytucje, które na tym korzystają.

Niemcy bezkrytycznie akceptują działalność Jugendamtów?

– Myślę, że ogół społeczeństwa to akceptuje, ponieważ nie ma głębszego wglądu w strukturę i pracę Jugendamtów. Widzą tylko, że są dzieci zaniedbywane, a Jugendamt nie reaguje, bo są też takie przypadki (ale są też przypadki zabierania dzieci z tego powodu), albo występują jakieś nadużycia czy przemoc i Jugendamt nie reaguje. Większość opinii publicznej uważa, że konieczne jest reagowanie, żeby chronić dzieci. Przypadki, gdy Jugendamt krzywdzi rodzinę, nie są tak oczywiste dla opinii publicznej. Tylko pojedyncze rodziny mają takie problemy, a społeczeństwo jako całość tego nie odczuwa. Uważa, że to, co robi Jugendamt, jest w porządku.

Więc nie ma na ten temat debaty publicznej, politycznej, nie tworzy się ruch sprzeciwu?

– Niestety, w większości nie. Z wyjątkiem kręgów bardziej osobiście zaangażowanych, świadomych. Ludzie raczej nie widzą problemu.

A skrzywdzone rodziny jakoś się łączą?

– Te grupy są bardzo małe i nie mają takiego wpływu, jaki chciałyby mieć. Stąd niewielkie ich oddziaływanie.

Dziękuję za rozmowę.

 

 


Popieramy polskie oraz przyjazne Polsce businessy


 

 

 

 

 

 





 

© Copyright by Polonia Semper Fidelis