Wersja polska   Polska   English version   Wielka Brytania   Version en Español    

 

Strona Główna

Organizacja

Księga Gości

Akademia Polska

Wiadomości

Poczta

Czat

Ruch Obrony Życia

Dokumenty i Materiały PSF

Humor i Satyra

Komunikaty PSF

Blog

Z życia Polonia Semper Fidelis

Solidarność

Sprawy polskie na Litwie Warto przeczytać Galerie Tragedia smoleńska
Porady Emigracyjne Polskie Drogi

Ogłoszenia

Drobne

Listy do Redakcji O nas Kontakt z nami
Wieści ze Lwowa Kluby Gazety Polskiej Książki warte przeczytania Zdrowie Dział sportowy
Polonii Semper Fidelis
Wiadomości Przedziwne

 

\

NASZA

FILMOTEKA

DOKUMENTU

 

 

Zaprzyjaźnione strony:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 




 

 

 

 

Liczba odwiedzin:

 

 

Historia - Polska

 

Prof. Ryszard Bender 

 

Roman Dmowski, jakim go zapamiętałem z dzieciństwa 

(Najwyższy Czas)

 

 

Imię i nazwisko Romana Dmowskiego, prawie zawsze w wersji „Pan Roman” lub „Pan Prezes”, w moim domu rodzinnym w Łomży (przy ulicy Rybaki 26) słyszałem już przed wojną dość często.

 


 

 

Jego przejazd z Drozdowa do Łomży naszą ulicą, którą przecinała ul. Żydowska, pamiętam – jechał żółtym wolantem państwa Lutosławskich, budząc zaciekawienie mieszkańców zarówno polskich, jak i żydowskich. Przy niektórych domach powóz się zatrzymywał i Roman Dmowski, z reguły nie wysiadając, rozmawiał z ludźmi. Pewnego razu pojazd stanął przed naszym domem, gdy było tam brukowane podwórko. Roman Dmowski wysiadł i – rozmawiając z moim ojcem – zbliżył się do brukarzy; instruował ich, jak należy układać kamienie. Później dowiedziałem się od taty, że Dmowski w młodości  też to czynił, pomagając swojemu ojcu, który trudnił się brukarstwem pod Warszawą.

 

Kolejne moje spotkanie z Panem Romanem miało miejsce w domu katolickim przy ówczesnej ul. Kaliwody na początku roku szkolnego 1938/1939. Dmowski po wizycie u swego bliskiego przyjaciela – ordynariusza łomżyńskiego, bp. Stanisława Kostki Łukomskiego – odwiedził znajdujące się w pobliżu diecezjalne biuro Akcji Katolickiej, którego mój tata, Andrzej Bender, był kierownikiem. Witała go grupa chłopców i dziewcząt, starszych ode mnie, z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, które było jedną z tzw. kolumn Akcji Katolickiej, oraz grupa osób ze Stronnictwa Narodowego. Z tym ugrupowaniem politycznym mój ojciec był w Łomży związany.

 

Dowiedziałem się o tym dopiero przed kilku laty z akt ubeckich przesłanych z Łomży do Lublina wtedy, kiedy w 1950 roku rozpocząłem studia na KUL (zdeponowanych obecnie w lubelskim IPN). W rozmowie, którą prowadził wtedy Pan Prezes, pojawiały się nazwiska osób powszechnie znanych w Łomży, m.in. Adama Chętnika, Kurcyusza, Staniszkisa, Winiarskiego. Po latach dowiedziałem się, że byli oni związani z ruchem narodowym i z nimi mój ojciec współpracował. Imię i nazwisko Romana Dmowskiego, prawie zawsze w wersji „Pan Roman” lub „Pan Prezes”, w moim domu rodzinnym w Łomży (przy ulicy Rybaki 26) słyszałem już przed wojną dość często. 

 

We wspomnianej rozmowie padały też nazwiska pań aktywnych w tym środowisku. Ich nazwisk nie pamiętam, a ściślej: zapamiętałem tylko jedno – Stefania Suryn. Znana była ona w Łomży jako świetnie wykonująca zastrzyki, także u nas w rodzinie; poza tym jako dzieciak, uczeń pierwszej klasy szkoły powszechnej, wiedziałem, że była córką generała – najpierw carskiego, później polskiego... Jej ojciec, Stanisław Suryn, podczas I wojny światowej przeszedł do korpusu generała Dowbór-Muśnickiego, następnie służył w wojsku w Polsce niepodległej. W 1923 roku, po przejściu w stan spoczynku jako generał dywizji, zamieszkał w Łomży, gdzie zmarł w 1928 roku.

 

Z mojego spotkania z Romanem Dmowskim w biurze taty wyniosłem pewien uraz, mimo wyniesionej z rodzinnych przekazów sympatii do jego osoby, bo miał on być moim ojcem chrzestnym. Otóż gdy Pan Prezes dostrzegł mnie, najmłodszego w gronie otaczających go osób, w mundurku szkolnym, polecił mi recytować wiersz Władysława Bełzy: „Kto ty jesteś? – Polak mały”. Kiedy doszedłem do słów: „Czym twa ziemia? – Mą Ojczyzną. Czym zdobyta? – Krwią i blizną. Czy ją kochasz? – Kocham szczerze. A w co wierzysz? – W Polskę wierzę” – bo tak nas uczono wtedy w szkole – Roman Dmowski poderwał się z krzesła, wyciągnął palec w górę i korygując moje słowa, zawołał dwa razy: „W Boga wierzę!”. Powtórzyłem to równie głośno, ku jego zadowoleniu, spięty wewnętrznie. Po powrocie do domu nie chciałem z rodzicami o tym zdarzeniu rozmawiać; dziwiłem się, że oni byli zadowoleni.

 

Do kolejnej mojej rozmowy z Romanem Dmowskim, być może głębszej, mogło dojść, ale nie doszło, w końcu  grudnia 1938 roku. Zapamiętałem: był to, jak się wówczas mówiło, trzeci dzień świąt Bożego Narodzenia. Ojciec zakomunikował mi, że jutro zabierze mnie do Drozdowa. Powiedział: „Byłoby dobrze, gdybyś jeszcze mógł widzieć Pana Prezesa, jest chory”.

 

Autem służbowym, jednym z dwóch tzw. biskupich (marki Fiat, koloru srebrnego), wraz z ks. prałatem Piotrem Krysiakiem, przyjacielem i opiekunem duchowym Romana Dmowskiego, wyruszyliśmy do Drozdowa. Ja siedziałem zadowolony obok szofera – pana Pieniążka. W dworku Lutosławskich, gdzie zamieszkiwał Pan Roman, w holu zobaczyliśmy dr. Jana Dworakowskiego. Nie przybył wtedy jednak, z jakichś ważnych powodów, dr Kazimierz Wejroch (luteranin, spowinowacony przez żonę katoliczkę z rodziną mojej mamy, czynny w ruchu narodowym); nie było też dr. Knota, znakomitego żydowskiego lekarza. Oni trzej tworzyli tzw. konsylium, które z Łomży czuwało nad zdrowiem przebywającego w Drozdowie Romana Dmowskiego i tam zazwyczaj, we trzech, oni przebywali. Dostrzegłem natomiast obok doktora Dworakowskiego pannę Suryn oraz cenionego za umiejętności medyczne pana Żochowskiego – felczera, który mnie wcześniej wyleczył z zapalenia płuc. Do chorego Romana Dmowskiego nikogo z gości, poza ks. prałatem Krysiakiem, nie dopuszczono. Po godzinie czy dwóch pan Pieniążek odwiózł tatę i mnie do miasta i wrócił do Drozdowa, by być do dyspozycji księdza prałata i państwa Lutosławskich.

 

Kilka dni później, w nocy z 1 na 2 stycznia 1939 roku, Roman Dmowski zmarł w Drozdowie. Nie miałem możności być tam, przy jego trumnie. Trumnę z ciałem Romana Dmowskiego zobaczyłem z daleka 4 stycznia 1939 roku, kiedy na wiejskich saniach przywieziono ją do Łomży. Na obrzeżach miasta wzięli ją na ramiona przybyli z całej Polski przedstawiciele władz Stronnictwa Narodowego. Pochodowi żałobnemu przy siarczystym mrozie towarzyszyła ogromna rzesza mieszkańców miasta i okolicznych wsi, a otwierali go druhowie z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, z moim tatą i jego współpracownikami na czele. W tłumie, nie czując mrozu, szedłem wraz z moją mamą Stanisławą ze Stypułkowskich i jej mamą – Scholastyką Stypułkowską z Chludzińskich.

 

W śródmieściu sklepy i warsztaty rzemieślnicze zostały zamknięte – zarówno chrześcijańskie, jak i żydowskie. Tłumy mieszkańców zapełniły ulice, mężczyźni – Polacy i Żydzi – z odkrytymi głowami na znak solidarności wzajemnej, towarzyszyli żałobnemu pochodowi z ciałem Romana Dmowskiego aż do katedry. Tam nabożeństwo żałobne dla ludności katolickiej za duszę świętej pamięci Pana Romana odprawił w asyście około stu księży, a może i większej ich liczby, bp Łukomski – bliski przyjaciel Dmowskiego jeszcze z tajnej Ligi Narodowej z przełomu XIX i XX wieku.

 

Po liturgii trumnę ze zwłokami Romana Dmowskiego, w asyście księży i licznych mieszkańców Łomży, odprowadził ulicami miasta do dworca kolejowego sufragan bp. Tadeusz Zakrzewski. Pociągiem trumnę z ciałem Wielkiego Polaka przewieziono do Warszawy. Tam po kolejnych uroczystościach żałobnych, w których uczestniczyły tysiące ludzi z całej Polski, a wśród nich mój ojciec (ja zostałem w Łomży), złożono ją w grobie rodzinnym na cmentarzu na Bródnie.



Popieramy polskie oraz przyjazne Polsce businessy


 

 

 

 

 

 





 

© Copyright by Polonia Semper Fidelis