Stany Zjednoczone mają dziś poważne
problemy: bezrobocie, rosnące zadłużenie, nadmierne zaangażowanie
militarne. I chociaż Amerykanie wydają się wierzyć, że to
przejściowe kłopoty, mogą one zwiastować upadek potęgi
USA.
Na początku czerwca
Ameryka pobiła rekord: ostatni spadek cen nieruchomości oznacza, że
zmalały one o 33 proc. w stosunku do punktu szczytowego. To o dwa
punkty procentowe więcej niż w czasach, gdy John Steinbeck pisał
„Grona gniewu”.
Bezrobocie nie
wróciło wprawdzie do poziomu z okresu wielkiego kryzysu lat 30., ale
wynik 9,1 proc. siły roboczej to wystarczająco dużo, by budzić
niepokój w Białym Domu. Ostatnim prezydentem, który został ponownie
wybrany na to stanowisko przy bezrobociu przekraczającym 7,2 proc.
był Franklin Delano Roosevelt.
Stany Zjednoczone mają poważne
problemy. Co szósty obywatel musi korzystać z rządowej pomocy
żywieniowej. Budżet, który jeszcze niespełna dekadę temu miał
nadwyżkę, dziś notuje deficyt, który proporcjonalnie można porównać
z tym, co się dzieje w Grecji. Tymczasem politykę Waszyngtonu
ogarnął paraliż.
Przyjmuje się, że
problemy te są łatwe do rozwiązania, ponieważ Stany Zjednoczone to
największa gospodarka świata, jedyny kraj o globalnym zasięgu
militarnym, szczęśliwy posiadacz światowej waluty rezerwowej i naród
posiadający zdolność odbudowywania się mniej więcej co pokolenie.
To wszystko
prawda. Prawdą jest też, że amerykańskie uniwersytety są znakomite i
przyciągają najtęższe umysły z całego świata. Ameryka wyznacza nowe
granice technologiczne. Możliwe też, że z tego długotrwałego
koszmaru wyjdzie mocniejsza niż wcześniej, a silna pozycja finansowa
amerykańskich firm uwolni falę nowych inwestycji w nadchodzących
latach.
Pozwolę sobie jednak przedstawić
alternatywną hipotezę: Stany Zjednoczone roku 2011 to Rzym Anno
Domini 200 albo
Wielka Brytania w przeddzień
wybuchu pierwszej wojny światowej: imperium, które jest u szczytu
potęgi, ale gdzieniegdzie widać już pęknięcia.
Losy Rzymu i
Wielkiej Brytanii uczą nas, że kiedy rozkład się już zacznie, trudno
jest go zahamować. Istnieje kilka sygnałów ostrzegających o bliskich
kłopotach: nadmierne zaangażowanie militarne, rosnąca przepaść
między bogatymi a biednymi, wydrążona gospodarka, zadłużeni
obywatele żyjący ponad stan oraz nieskuteczność strategii, które
wcześniej zdawały egzamin. Do tego dochodzi wysoka przestępczość,
epidemia otyłości, uzależnienie od pornografii i zbyt duże
wykorzystanie energii – wszystko to świadczy o tym, że Ameryka jest
w stanie kulturowego rozkładu.
Imperia upadają z różnych powodów,
ale pewne czynniki są wspólne. Początkowo występuje niechęć do tego,
by przyznać, że jest się czego obawiać. W ustalony porządek światowy
wkracza nowy gracz (albo kilku graczy). Dla Hiszpanii takim rywalem
była Wielka Brytania, a dla niej Stany Zjednoczone. W przypadku
Ameryki zagrożeniem są Chiny.
Pod dwoma
względami dzisiejsze Stany różnią się od Zjednoczonego Królestwa
sprzed wieku. Po pierwsze są znacznie większe, co oznacza, że
zyskują na skali o zasięgu całego kontynentu. Poza tym są obecne w
tych gałęziach przemysłu, które będą odgrywały istotną rolę
strategiczną w pierwszej połowie XXI wieku. Wielka Brytania 1914
roku była za bardzo uzależniona od górnictwa i przemysłu
stoczniowego – gałęzi, które między wojnami przeżywały trudności.
Brytyjczycy nie zdołali ponadto w porę dostrzec znaczenia nowych
technologii.
Mimo to można zaobserwować pewne
podobieństwa, takie jak długoterminowa zmiana nacisku z wytwórstwa w
kierunku finansów, przy rosnącej konkurencji ze strony producentów z
innych części świata.
Zwróćmy teraz
uwagę na uderzający kontrast między obecnym wychodzeniem z kryzysu a
wcześniejszymi cyklami. Tradycyjnie poprawie stanu amerykańskiej
gospodarki towarzyszy efektowny spadek bezrobocia, ponieważ niższe
stopy procentowe zachęcają konsumentów do wydawania pieniędzy, a
branżę budowniczą do budowania nowych domów. Tym razem sytuacja jest
inna. W latach nadmuchiwania bańki miała miejsce gorączka budowlana,
która spowodowała olbrzymi nadmiar podaży jeszcze zanim ceny
poleciały w dół, a wzrost bezrobocia doprowadził do lawiny przejęć
majątków. Ameryka nie wie, co robić z domami, które wybudowano, a
taki stan rzeczy będzie trwał przez
wiele lat.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy napływały
do nas niedobre informacje, które nadwątlały nadzieję na stopniową
poprawę sytuacji. W miejsce optymizmu pojawiła się obawa, że Stany
Zjednoczone idą w stronę przerażającej recesji w kształcie litery W.
Na rynku
nieruchomości, będącym symptomem głębokiej niemocy amerykańskiej
gospodarki, drugie załamanie już nastąpiło. Ulgi podatkowe dla
właścicieli domów były jedynie chwilowym oddechem dla upadającego
rynku. Miliony Amerykanów mieszkają w domach wartych mniej, niż za
nie zapłacili. Nic dziwnego, że teraz liczą każdego centa. Rosnące
ceny towarów dodatkowo pogarszają sytuację, napędzając inflację i
zmniejszając siłę nabywczą zarabianych pieniędzy.
Mimo podejmowanych
prób polityka makroekonomiczna okazała się mniej skuteczna niż
zwykle. Jak zwykle, działania rządzących ukierunkowane są na wzrost,
ponieważ zarówno bank centralny, jak też sekretarze skarbu i kolejni
gospodarze Białego Domu panicznie boją się powrotu do lat 30.
ubiegłego wieku. Ówczesną niemoc gospodarczą można w znacznym
stopniu przypisywać działaniom deflacyjnym, które pogłębiły recesję
wywołaną pęknięciem bańki giełdowej lat 20.
Nikła reakcja
gospodarki na dzisiejsze lekarstwa może świadczyć o tym, że Stany
Zjednoczone są znacznie słabsze niż w latach 30. XX wieku. Uporanie
się z tymi słabościami będzie wymagało wyrwania się gospodarki z
uścisku finansów oraz podjęcia działań zmierzających do podniesienia
siły nabywczej zwykłych rodzin i ograniczenia ich zależności od
długów. Do tego z kolei będzie potrzebna amnestia na rynku
nieruchomości. Przede wszystkim jednak Ameryka musi odkryć na nowo
te wartości, które uczyniły ją wielką. A to nie będzie łatwe.