Wersja polska   Polska   English version   Wielka Brytania   Version en Español  

Strona Główna

Organizacja

Księga Gości

Akademia Polska

Wiadomości

Poczta

Czat

Ruch Obrony Życia

Dokumenty i Materiały PSF

Humor i Satyra

Komunikaty PSF

Blog

Z życia Polonia Semper Fidelis

Solidarność

Sprawy polskie na Litwie Warto przeczytać Galerie Tragedia smoleńska
Porady Emigracyjne Polskie Drogi

Ogłoszenia

Drobne

Listy do Redakcji O nas Kontakt z nami
Wieści ze Lwowa Kluby Gazety Polskiej Książki warte przeczytania USOPAŁ Dział sportowy
Polonii Semper Fidelis
Kącik kulturalny

 

NASZA

FILMOTEKA

DOKUMENTU

 

 

 

Zaprzyjaźnione strony:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Liczba odwiedzin:

 

 

Gospodarka i Ekonomia Polska

 

Bartosz Jóźwiak

 

Kosztowny - ekshibicjonizm

 

(Liberum Veto)

 

 

„ … Polska, pod postacią jej włodarzy rodem z kiepskiego kabaretu zachowywała się przez te 20 lat III RP jak ostatni frajer na zakrapianej imprezie, który niczym nuworysz dał się ponieść emocjom i nastrojowi. Kiedy ktoś radośnie rzucił hasło: „Rozbieramy się do golasa!”, tenże frajer natychmiast się rozebrał stając na środku jak go Pan Bóg stworzył. (…) I stoi teraz ta biedna Polska goła jak turecki święty.”

 

Jaki liberalizm gospodarczy?

 

Od pewnego już czasu, szczególnie zaś intensywnie od kiedy nawet najbardziej wiernym „sługom systemu” wykreowanego przez PO zaczęła spadać stopa życiowa, a więc od momentu odkrycia karty z napisem „kryzys”, w mediach i modnych knajpkach dla „młodych, wykształconych z dużych miast”, ale i pod strzechami „ciemnogrodu” toczy się dyskusja nad kondycją liberalizmu gospodarczego w Polsce. W jej wyniku większość dyskutantów dochodzi do wniosku, iż nadszedł czas, w którym jasno należy powiedzieć, że idea ta się zgrała. Straciła twarz i uznanie, a nade wszystko doznała kompletnej porażki w realnym działaniu. Okazała się koncepcją, która nie sprostała wyzwaniom współczesności. Spotyka się wprawdzie także pojedyncze głosy, które zdają się ubolewać nad upadkiem liberalnej myśli gospodarczej i jej zejściem ze sceny politycznej. Czy może raczej, nad porzuceniem tego nurtu przez jego dotychczasowych wyznawców i realizatorów praktycznych. Ale jednak nie są to mowy obronne, wykazujące absurd powyższego myślenia.

 

Śledząc te wszystkie górnolotne i autorytarne wypowiedzi, obrazujące liberalno - gospodarcze Waterloo, człowiek myślący przeciera oczy ze zdumienia. Początkowo wydawało mi się, że może ze mną jest coś nie tak, że może przedawkowałem pewną specyficzną odmianę literatury, podchodzącą bardzo ortodoksyjnie do idei wolnościowych w gospodarce albo że wszystko, co wydawało mi się podstawą liberalizmu gospodarczego, nie ma z tym nurtem nic wspólnego? A nawet to, że żyję w innym świecie niż piszący te wszystkie elaboraty?

 

Ale nie. Wszystko się zgadza. Jest tak jak myślę, w Polsce nigdy gospodarczego liberalizmu nie było. Nikt go nie tylko nie wprowadził, ale nawet nie podjął jakiejś ambitniejszej próby dokonania tego. I to już nie mówię nawet o jakichś bardziej wysublimowanych koncepcjach liberalizmu w formie nurtu amerykańskiego czy libertarianizmu (w wydaniu Hoppego czy Rothbarda). Nie, w tym kraju nie wprowadzono nie tylko rozwiązań opartych o koncepcje Ludwiga von Misesa i jego Szkoły Austriackiej, ale nawet rozwiązań zdecydowanie mniej „rewolucyjnych” dla etatystycznej biurokracji postkomunistycznej zawiadywanej przez bezrefleksyjnych, urzędowych technokratów. Tu nie próbowano realnie wprowadzić nawet rozwiązań lansowanych przez Miltona Friedmana czy Augusta von Hayeka (zwanego niekiedy przez ortodoksyjnych libertarian „socjaldemokratą”). Nasz kraj nawet nie otarł się o jakikolwiek liberalizm klasyczny (Adama Smitha czy Frederica Bastiata). Nic, kompletna nicość liberalizmu gospodarczego. I tu nagle słyszymy żałobne tony, że ten nurt przegrał, nie sprawdził się, umarł lub też zostaje odrzucony po wielu latach realnego funkcjonowania.

 

No i wreszcie olśnienie. Przecież tu, w naszej rzeczywistości, opanowanej przez: „tumiwisizm”, niedouczenie, wiedzę sloganowo - gazetową, autorytety bez wykształcenia, „dojutrkowość”, pochwałę mierności oraz zwykłą nierzetelność wielu ludzi zupełnie bezwiednie i całkowicie w dobrej wierze jest przekonanych, że wiedzą co to jest liberalizm gospodarczy. To przecież jest w ich mniemaniu: złodziejska prywatyzacja, łapówki, uwłaszczanie się postkomunistycznej nomenklatury na majątku państwowym (o przepraszam: ukradzionym po wojnie prawowitym właścicielom), „kolesiostwo”, afery finansowe, malwersacyjne fortuny itp. Tak być musi, gdyż oni wszyscy wierzą w to, że liberalizm w gospodarce utożsamiają Panowie: Bielecki, Boni, Tusk, Lewandowski itp., a więc plejada „gwiazd” z pewnego gdańskiego lokalu. Nikt nie przypuszcza, iż ma do czynienia z kompletnym pomyleniem pojęć. To, co głoszą ci Panowie, nie ma nic wspólnego z liberalizmem, a to, co robili i robią w polityce realnej  jedyne konotacje oraz odniesienia znajduje w socjalizmie. Premier Tusk od początku zachowuje się tak, jakby zaczął w słowniku lub encyklopedii (sądzę, że na studiowanie szerszego omówienia problemu nie miał czasu, bo ciągle musiał biegać za piłką i w gronie klakierów udawać, że choć to umie robić dobrze; chodzą słuchy, że jednak i na tym polu więcej jest PR niż realnych umiejętności) czytać hasło liberalizm, ale po wstępie, przewracając kartki, nie zauważył, że te się skleiły i doczytał już rozwinięcie hasła socjalizm. Tak, to nawet może być prawdą, i dlatego on szczerze wierzy, że to, co czytał to była definicja liberalizmu gospodarczego. Suma summarum, w Polsce przyjęto apriori (tzn. odpowiedni mędrcy orzekli, media przytaknęły i ogłosiły jako doktrynę, a ludzie ślepo uwierzyli), że liberalizm to to samo, co „gdański liberalizm” wymyślony kiedyś w „Cotton Clubie”, a którego typowym przejawem jest mówienie: „liberalizm”, a działanie z podręcznikiem socjalizmu w ręku (dla uspokojenia należy podać, iż lokal ten już nieistnieje, więc nie wytworzy już kolejnych „gwiazd” teorii gospodarczych; mam tylko nadzieję, że nie padł w wyniku zastosowania przez jego właściciela rad spotykających się tam „mędrców”).

 

Przy takim ujęciu sprawy, „liberalizm” musiał się skompromitować, gdyż lansujące tego „gdańskiego” potworka gospodarczego (podszywającego się pod liberalizm z prawdziwego zdarzenia) ugrupowania w typie KL-D, niekiedy pośrednio UW oraz nade wszystko kwintesencji liberalnej paranoi pojęciowej jaką jest na wskroś socjalistyczna PO, robiły wszystko, aby tak się stało i aby po załatwieniu swoich partykularnych interesów ogłosić klęskę liberalnego eksperymentu w gospodarce oraz z radością serca pochylić się nad biednym ludem i ze spokojnym sumieniem, teraz już jawnie, budować socjalizm (można wymienić te „wolnościowe” działania w ostatnich latach: podwyżka podatków, rozbudowa biurokracji, ograniczenia wolności i swobody gospodarczej, przymus ubezpieczeń, kradzież pieniędzy z OFE, nierozliczenie się z okradzionymi po II Wojnie Światowej właścicielami, czego wynikiem jest dodatkowo bezwstydne procesowanie się z poszkodowanymi za pieniądze publiczne, którego celem jest kradzionego nie oddać lub jego zwrot opóźnić itp.).

 

I tak oto pogrzebano rękoma ślepych dziennikarzy system, który nigdy nie miał nawet szansy być sprawdzony w praktyce. Ale czemu tu się dziwić, w kraju gdzie tuszuje się sprawę śmierci Prezydenta, w kraju, gdzie namiestnik uzurpujący sobie prawa prezydenckie działa na jego szkodę (każdy konserwatysta wie, co by się z nim stało w normalnym państwie prawa), gdzie bije się niewinnych ludzi i wmawia się, że to dla porządku oraz gdzie zabrania się wolności słowa, w kraju gdzie narodowy-socjalizm nazywa się skrajną prawicą (prawicowy socjalizm w swych sennych wizjach widział chyba tylko Redaktor Michnik i jego dziennikarscy klakierzy), w kraju, gdzie kłamstwo jest na porządku dziennym. Nie może więc też dziwić to, że dziennikarze kompletnie ignorują funkcjonujące na scenie politycznej partie, które program wolności gospodarczej głoszą naprawdę i to od wielu lat. Przecież dla nich to nie jest liberalizm gospodarczy tylko oszołomstwo i faszyzm. To wszystko bardzo źle wróży naszej ojczyźnie i jeśli ludzie nie ockną się w najbliższym czasie, to czarna dziura Rostowskiego POchłonie nas, nasze majątki i nasz kraj.

 

Głupcy w polityce się nie sprawdzają

 

Dlaczego tak czarno rysuje się przyszłość można łatwo zobaczyć ubierając w „szaty ironii” działanie realne, jakie obserwujemy w Polsce, a które mają swe przełożenie na scenę europejską. Otóż od dłuższego czasu widać, że sprawdzają się dziś sienkiewiczowskie słowa wypowiedziane przez Bogusława Radziwiłła, a obrazujące Rzeczpospolitą jako płat czerwonego sukna, za które każdy ciągnie aby coś wyrwać dla siebie. Postpolityczna degrengolada żyrowana przez Donalda Tuska zabiła dbałość o dobro wspólne, a wolność indywidualną sprowadziła do prymitywnych zachowań atawistycznych, z których nie wynika klasyczne rozumienie ich jako realizacji planu wspólnego. Brak myślenia o wspólnym interesie doprowadził zatomizowane „ Polactwo” (to świetne określenie R. A. Ziemkiewicza oddaje istotę tej magmy) do zderzenia z realnym światem w momencie pogarszania się ich sytuacji finansowej. Kiedy zabrakło na kiełbaski i karkówkę na grilla, kiedy brakuje na raty kredytów, a wczasy w Hurgadzie stają się coraz odleglejsze, zaczęło się zdziwienie. Kryzys? Bieda? Recesja? Boże, jak to się mogło stać, lamentują eurofrajerzy. A rządowi „przewodnicy stada” udają Greka, że nic się nie stało (choć coraz trudniej im to udowodnić). A żeby choć Greka, to byłoby jeszcze trochę lepiej, bo ten przynajmniej nagarnął ze stołu trochę wiktuałów biesiadnych do sakw, a teraz udaje że jest biedny i musi być dokarmiony przez wszystkich innych (nawet tych, których na uczcie nie było). Ale nasze „euromatołki” (te od Toli i nie tylko) zaprawione w uprawianiu polityki na kolanach, nic nie jedząc na uczcie, ba!, nie będąc nawet wpuszczonym do sali, w której biesiadowali eurosmakosze (usłużnie niczym pies podwórzowy czekali na zewnątrz, aż jakiś biesiadnik choć pogłaszcze ich za pilnowanie spokoju uczty), krzyczały nie tak dawno ustami „Słońca” z pewnego południowoamerykańskiego kraju: „dajcie nam choć dorzucić się do rachunku. Błagamy!” I spełniono te błagania, wyrzucono przez uchylone drzwi rachunek ze słowami: „no dobrze, możecie się dorzucić” (nic w tym dziwnego, bo w Sali już stoi podenerwowany kelner, a biesiadnicy mają puste kieszenie i szukają frajera, który by uregulował rachunek. I mamy dziś problem. W zasadzie niezależnie od szyldu wszystkie partie parlamentarne miały swój udział w topieniu tego kraju i dziś można powiedzieć, lekko parafrazując poetę: „na co żale, na co wasze swary głupie, wnet i tak zginiecie w europejskiej zupie” (którą sami pomagaliście przygotować). Cóż, jeśli się prowadzi rabunkowa gospodarkę wyprzedaży, ba, rozdawnictwa, wierzy w bajki i baśnie z za siedmiu gór oraz tzw. cuda na kiju, jakie ponoć rozdają w UE, a nade wszystko nawet nie umie się skuteczne utrzymać tego co z pańskiego stołu skapnie (np. w postaci pełnego i mądrego wydatkowania dotacji) to nie można później lamentować. Polska, pod postacią jej włodarzy rodem z kiepskiego kabaretu zachowywała się przez te 20 lat III RP jak ostatni frajer na zakrapianej imprezie, który niczym nuworysz dał się ponieść emocjom i nastrojowi. Kiedy ktoś radośnie rzucił hasło: „Rozbieramy się do golasa!”, tenże frajer natychmiast się rozebrał stając na środku jak go Pan Bóg stworzył. Tyle, że podniósłszy oczy, patrzy, a tu wszyscy dookoła są nadal kompletnie ubrani i śmieją się do rozpuku. Więc zdziwiony sam próbuje się uśmiechnąć i woła: „No dalej rozbierajcie się, dlaczego stoicie!”. Ale nie dość, że nikt tego nie robi, to biedak widzi, że inni, kiedy maślanymi oczami szukał ich poklasku, ukradli mu jego ciuchy, rozdzielili między siebie na pamiątkę takiego frajera i śmieją się jeszcze mocniej. Takie frajera zrobili właśnie z Polski politycy III RP, Salon, pożyteczni intelektualni idioci, służalczy dziennikarze i euroentuzjaści (no, eurofrajerzy lub eurocwaniacy dokładniej, bo zależy czy u kogoś przeważała najzwyklejsza głupota czy jedynie cyniczny błysk pieniądza w oku). I stoi teraz ta biedna Polska goła jak turecki święty. No może z lekka przesadzam, bo zabawa jeszcze nieskończona, więc powiedzmy, że ma ona jeszcze jedną skarpetkę (Wałęsa puścił ja wprawdzie w dwóch, ale po drodze jeszcze kilku amatorów na tę jedną się znalazło) i może w majtkach, ale żadnych tam pantalonach z nogawkami, a co najwyżej stringach i to mocno poszarpanych. Bo tak zawsze kończy polityczna głupota. Tam gdzie toczy się twarda i bezwzględna gra, a tym jest polityka w skali europejskiej oraz światowej, nie ma miejsca dla: dzieci, frajerów i szaleńców. A jeśli się tam z takim podejściem wchodzi, to trzeba potem albo pilnie szukać choć figowego listka, który nagle okazuje się towarem niezwykle deficytowym (kosztuje dużo pieniędzy, a także wiele płaszczenia się) albo świecić gołym tyłkiem i rumienić się drżąc jednocześnie z gospodarczego chłodu, jakim wieje już w zrujnowanej sali biesiadnej. A najgorzej jak do tego okazuje się jeszcze, że przychodząc na sam koniec imprezy nie bardzo się pojadło i popiło, ale nie mogąc uciekać nago stoi się teraz przed krzepkim kelnerem bez forsy, z solidnym rachunkiem za biesiadę innych (wiwat Tusk! Polski emeryt zapłaci, a pomoże mu doktor na angielskim zmywaku, o przepraszam, stamtąd już też nas wyganiają).

 

Albowiem jak chce się grać mocnego to i karty trzeba mieć mocne oraz trzymać je przy piersi, a nie pokazywać wszystkim z uśmiechem idioty wierzącego naiwnie w szczerość innych w polityce zagranicznej oraz wydumane idee o rozdziale kapitału od polityki i interesów narodowych. Kart w tej grze nie wolno rozdawać na lewo i prawo jak rozdano polskie banki, czy dużą część majątku po PRL-u, bo z prywatyzacją oraz rozsądkiem nie miało to wiele wspólnego. No, jeszcze pojawiła się zagrywka z pożyczką, ale i kredyt się kończy, bo zastawiono już ostatnią koszulę i inni co to na imprezie byli trochę dłużej jak Grek czy Hiszpan też muszą pożyczać. Z mocnymi siada do stołu mocny, a słaby uczciwie trenuje i buduje formę jak robiły tzw. tygrysy gospodarcze na Dalekim Wschodzie, broniąc dostępu do sali treningowej czyli własnego wolnego rynku. Ale u nas najpierw nasycić się musiało miejscowe stado hien, a dalej, aby żyć, musiało dać też pojeść swoim silniejszym braciom z zagranicy, licząc naiwnie, że jak już przejedzą nasze, to wezmą nas do swego stada i pozwolą przejadać swoje i innych.

 

Nadzieja

 

Aby nie było tak ponuro to, wracając do tego smętnego obrazu kraju w podartych majtkach i jednej skarpecie, trzeba uczciwie powiedzieć, że nie tyle jest to podzwonne dla Polski, co ostatni alarm przed przepaścią. Można powiedzieć za bardem i piewcą sarmackości, Jackiem Kowalskim: „jeszcze nie jest pobity świetny okręt Rzeczpospolitej”. Jednak, aby rozwiną swe piękne żagle wszyscy musimy wziąć do serca słowa Księdza Piotra Skargi, który mówił o Rzeczypospolitej jako o okręcie na wzburzonym morzu, którego załoga i pasażerowie zajmują się pilnowaniem własnych tobołków, miast wspólnie ratować okręt. Czyli pielęgnują głupotę prywaty jako celu samego w sobie (każdy sam nic nie robiąc i tak z okrętem zatonie), a nie dbają o swoje dobro ratować wspólnotę w postaci okrętu, co da szansę uratowania i prywatnej własności. Musimy na powrót przywrócić szacunek samym sobie, stać się wspólnotą, narodem. Zadbać o własną wolność dbając o wspólnotowego gwaranta tejże wolności. Musimy stać się „politycus” nie „idiotes”.

 

 

 


Popieramy polskie oraz przyjazne Polsce businessy


 

 

 

 

 

 





 

© Copyright by Polonia Semper Fidelis