Wersja polska   Polska   English version   Wielka Brytania   Version en Español    

 

Strona Główna

Organizacja

Księga Gości

Akademia Polska

Wiadomości

Poczta

Czat

Ruch Obrony Życia

Dokumenty i Materiały PSF

Humor i Satyra

Komunikaty PSF

Blog

Z życia Polonia Semper Fidelis

Solidarność

Sprawy polskie na Litwie Warto przeczytać Galerie Tragedia smoleńska
Porady Emigracyjne Polskie Drogi

Ogłoszenia

Drobne

Listy do Redakcji O nas Kontakt z nami
Wieści ze Lwowa Kluby Gazety Polskiej Książki warte przeczytania USOPAŁ Wielcy Polacy Kącik kulturalny

 

NASZA

FILMOTEKA

DOKUMENTU

 

 

 

 

Zaprzyjaźnione strony:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 




 

 

 

 

 

 

 

 

Liczba odwiedzin:

 

 

 

 

Prof. Gerard J.M. van den Aardweg

 

Holandia na równi eutanazyjnej 

(Nasz Dziennik)

 

Pomimo wyraźnie chrześcijańskiego charakteru historii Holandii, zarówno w nurcie protestanckim, jak i katolickim, eutanazja praktykowana jest już w tym kraju powszechnie.

 

Co więcej, Holandia była pierwszym krajem na świecie, który dał eutanazji oparcie w systemie prawnym (oficjalnie w roku 2002, lecz faktycznie już w 1992, kiedy to stosowne ustawy uchwalono w izbie niższej parlamentu - Izbie Reprezentantów). Stosowanie eutanazji w przypadkach pacjentów nieuleczalnie chorych, cierpiących z powodu bólu określanego jako "nieznośny", zostało nieoficjalnie dopuszczone wyrokiem Sądu Najwyższego już w 1984 roku.

 

Ustawa o eutanazji jest typowym przykładem sofizmatu - mówiąc wprost: hipokryzji - chociaż eutanazja i samobójstwo wspomagane (z udziałem personelu medycznego) pozostają formalnie zakazane, to jednak nie podlegają karze, jeśli postępowanie lekarza jest zgodne z pewnymi niejasnymi i subiektywnymi kryteriami i jeśli za pośrednictwem lekarza sądowego zawiadomi o tym fakcie prokuratora rejonowego.

 

Jasne jak słońce jest, że takie prawo oznaczało kapitulację wobec wieloletniej, nielegalnej praktyki, której ówczesne polityczne elity nie miały odwagi ani chęci powstrzymać. Jeszcze czterdzieści lat wcześniej taka ustawa nie miałaby najmniejszych szans i zszokowałaby większość Holendrów, w tym polityków.

 

Wspomniana ustawa odzwierciedla rewolucyjne zmiany, jakie zaszły w powszechnym podejściu do eutanazji, przyjęciu jej jako sposobu postępowania z ludzkim życiem, gdy zostanie obarczone cierpieniem lub ułomnościami. Taki jest zgniły owoc mentalności eutanazyjnej rozpowszechnionej przede wszystkim wśród lekarzy, prawników, polityków, a także rosnącej części społeczeństwa.

Rewolucja lat 60.

Jak więc dokonała się ta rewolucyjna zmiana? Chciałbym tę kwestię rozwinąć, ponieważ można dostrzec pewne podobieństwo w sytuacji Holandii po II wojnie światowej i Polski po upadku żelaznej kurtyny. Otóż nagłe znalezienie się w zupełnie nowej rzeczywistości przytłoczyło katolicyzm w Holandii, podobnie jak katolicyzm w Polsce po roku 1989.

 

Silne więzi i sprawna organizacja katolickiej części ludności (katolicy stanowili wówczas około jednej trzeciej mieszkańców kraju) rozpadły się, a zsekularyzowany świat zaczął zalewać ją ze wszystkich stron. Katolicy trwali przy swojej religii w czasach biedy i represji ze strony nazistów, lecz w czasach pokoju i wolności zaczęli się od niej odwracać.

 

Obserwacja ta ma kluczowe znaczenie, jeśli chce się zrozumieć podstawowe przyczyny wzrostu popularności eutanazji w Holandii, a to dlatego, że eutanazja - podobnie jak aborcja - ma swoje źródło w porzuceniu przez chrześcijan swoich przekonań religijnych i zasad moralnych.

 

Dotyczy to szczególnie katolików, ponieważ mniejszość katolicka (po wojnie niemal 40 procent ludności) była zawsze zjednoczona pod zdecydowanym przewodnictwem hierarchii kościelnej, nie zaś podzielona jak różne wyznania protestanckie (w większości wywodzące się z kalwinizmu).

 

Na życie polityczne przekładało się to w ten sposób, że partia katolicka często zdobywała większość głosów, a tuż za nią plasowali się niechrześcijańscy socjaliści (czasami na odwrót). Jednak w ciągu kilku dziesięcioleci od zakończenia wojny holenderscy katolicy zsekularyzowali się prawie całkowicie, w ślad za protestantami. Opór, który do tej pory stawiali świecko-humanistycznej etyce w kwestiach płciowości, małżeństwa i życia ludzkiego, w najlepszym przypadku osłabł i stracił na zdecydowaniu, a wkrótce zanikł zupełnie.

Usankcjonowanie zabójstwa

Praktykowanie eutanazji rozpowszechniło się najpierw wśród niechrześcijan, liberałów, socjalistów i agnostyków. Publiczna debata na ten temat rozpoczęła się we wczesnych latach 70., kiedy to nasiliła się korzystna dla niej propaganda, a aborcja - chociaż teoretycznie nadal nielegalna - została w praktyce dopuszczona (legalizacja nastąpiła niebawem). Taktyka przyjęta przez media była taka jak w przypadku aborcji, czyli skupienie się na kilku dramatycznych przypadkach, które miały ujawnić "bezduszność" karania współczujących ludzi, którzy podjęli się wybawienia cierpiących pacjentów z ich niedoli.

 

Kamieniem milowym okazał się proces lekarki, która zabiła swoją chorą matkę w 1972 roku. Nie została za to ukarana, co stanowiło nieomylny znak, że od tego momentu wiatr będzie wiał z przeciwnego kierunku, a ponieważ elity polityczne i społeczne zaakceptowały stosowanie aborcji i zmierzały do jej prawnego "uregulowania", to sprzeciw wobec eutanazji może okazać się walką z wiatrakami.

 

Tak jak w każdym innym miejscu na świecie ustępstwa na rzecz aborcji prowadziły do ustępstw na rzecz eutanazji, ponieważ tolerowanie zabijania jednej kategorii ludzi (nienarodzonych) oznacza obalenie zasady nienaruszalności i świętości ludzkiego życia.

 

Grunt pod historyczne zerwanie z V przykazaniem Bożym został przygotowany przez rewolucyjną zmianę opinii publicznej i stylu życia, jaka dokonała się w latach 60. Była to rewolucja moralna i religijna, w której zasadniczą rolę odegrały dwa wzajemnie wzmacniające się czynniki: fala zeświecczenia w Kościołach chrześcijańskich (modernizm w Kościele katolickim) oraz wynalezienie i natychmiastowa popularyzacja antykoncepcji hormonalnej (tzw. pigułka, 1962 rok).

 

Do tej pory rodziny katolickie były tradycyjnie wielodzietne, jednak w tym czasie większość młodych katolickich par zaczęła ograniczać liczbę posiadanego potomstwa, tak więc gdy Papież Paweł VI potępił w 1968 roku stosowanie antykoncepcji, było już w zasadzie za późno. Nowa tendencja okazała się nieodwracalna, również z powodu zaniedbanej przez biskupów i księży promocji encykliki "Humanae vitae", którą czasami pod wpływem szerzącego się we własnych szeregach wojującego modernizmu otwarcie krytykowali.

 

Zachowania antykoncepcyjne odcisnęły ogromne psychologiczne i duchowe piętno, tak na życiu konkretnych par, jak i całego społeczeństwa; osłabiły motywacje idealistyczne, a wzmocniły materialistyczny sposób życia w okresie i tak szybko rosnącej zamożności społeczeństwa; osłabiły szacunek i podziw dla świętego charakteru prokreacji oraz dla faktu, że płciowość i życie małżeńskie podlegają prawu wyższemu niż ludzkie.

 

W życiu małżeńskim przestano kierować się nauczaniem Kościoła czy wolą Bożą, ale automotywacją. Mentalność antykoncepcyjna pociągnęła za sobą stopniowe obniżanie progu wrażliwości aż do zaakceptowania aborcji, ponieważ faworyzowała czysto biologiczne spojrzenie na początek ludzkiego życia i przyzwyczajała do postępowania z nim według własnego uznania. Co więcej, upowszechnienie antykoncepcji automatycznie wywołało wzmożony nacisk na legalizację aborcji jako środka wspomagającego nieskuteczne działania antykoncepcyjne. W ten oto sposób zachowania antykoncepcyjne utorowały drogę dla aborcji, zaś aborcja dla eutanazji.

Druga reformacja w Kościele katolickim

Należy jednak wątpić, czy eutanazja (lub aborcja czy też "małżeństwa" homoseksualne) zalałyby Holandię tak, jak to miałoby miejsce, gdyby katolicyzm nie został uprzednio zarażony wirusem teologicznego modernizmu, świecko-humanistycznego ruchu przebranego w chrześcijańskie pojęcia i frazeologię, lub jak kto woli, odmianą liberalnego protestantyzmu (ostatecznie jednak wychodzi na to samo).

 

Podobnie jak ruch protestancki w XVI wieku, tak i katolicki modernizm był bardzo wojujący. Ponadto znajdował poparcie wśród większości teologów i katolickich intelektualistów. Ci z kolei chętnie przyjmowali ów "oświecony" i "postępowy" katolicyzm modernistyczny wraz z charakterystyczną dla niego wrogością do władzy kościelnej i "Rzymu". Modernizm zawładnął też seminariami i kościelną biurokracją. Kilku biskupów podążyło za liberalnymi teologami, a większość z pozostałych zareagowała raczej defensywnie i zbyt pobłażliwie.

 

Biskupi, z nielicznymi wyjątkami, kompletnie zaniedbali pouczanie podległego im duchowieństwa i wiernych. Nie trzeba było długo czekać, aby "duch czasów", świecki humanizm, przeniknął całą katolicką strukturę społeczną. W ciągu niespełna dwudziestu lat prężna niegdyś prasa katolicka zupełnie wymarła, katolickie radio i telewizja zeświecczyły się, a katolicka edukacja na poziomie podstawowym i ponadpodstawowym została zniszczona. Usunięto katechizm dla dzieci, do tego czasu główną pomoc w nauczaniu religii, i nie zastąpiono go żadną wartościową pozycją, co pociągnęło za sobą powszechną nieznajomość katolickich dogmatów i doktryny moralnej.

 

Wskutek powyższych działań sposób życia katolików przestał się czymkolwiek różnić od sposobu życia liberalnych protestantów czy humanistów. W latach 80. katolicy wierni Kościołowi przestali być znaczącym czynnikiem w życiu społecznym i politycznym. "Katoliccy" politycy zeświecczyli się; żaden z nich nie opowiadał się już zdecydowanie za życiem, żaden z nich nie pozostawał lojalny wobec moralnego nauczania Kościoła i jego Magisterium.

Eutanazja w Holandii: garść statystyk

Tak samo jak w przypadku aborcji ustawa o eutanazji została wprowadzona po tym, jak zbyt długo tolerowano jej nielegalne praktykowanie, a lekarze, prawnicy i coraz większa część społeczeństwa i zaprzestali oporu wobec liberalizacji prawa. Z drugiej strony, jako że prawo ma również walor instruktażowy, legalizacja eutanazji (1992 rok) z pewnością przyczyniła się do jej łagodniejszego oceniania i upowszechnienia.

 

Rząd holenderski systematycznie pomniejszał znaczenie wspomnianego zjawiska, aby uniknąć wrażenia, że jego "postępowa" polityka nakierowana rzekomo na skuteczniejszą kontrolę w rzeczywistości przynosiła dokładnie odwrotny skutek. Autorzy raportów przygotowanych na zlecenie rządu (w latach 1991, 1996, 2003, 2007) skutecznie tuszowali problem rosnącej liczby przypadków eutanazji.

 

Jednak po dokładniejszym przyjrzeniu się danym, które zebrali, taki wzrost okazał się ewidentny, tak ewidentny jak dla każdego, kto nie odwraca wzroku od otaczającego nas problemu ludzkiej śmierci. Holandia już od ponad dwudziestu lat stacza się po eutanazyjnej równi pochyłej i to z coraz większą prędkością.

 

W 1990 roku zgony wskutek eutanazji bezpośredniej na prośbę pacjenta wywołanej śmiertelnym zastrzykiem lub chemicznie oraz samobójstwa wspomagane przez lekarza stanowiły 4 procent spośród wszystkich zgonów w obecności lekarza (tj. trzech czwartych ogólnej liczby zgonów wynoszącej w tym roku 129 000).

 

W jednym procencie zgonów w obecności lekarza eutanazja była stosowana nawet mimo braku prośby ze strony pacjenta, za to przy naciskach ze strony rodziny lub z własnej inicjatywy lekarza, a przynajmniej na jego odpowiedzialność.

 

Odkrycie to pokazuje, że eutanazja dobrowolna pociąga za sobą eutanazję przymusową: obie wynikają z tego samego sposobu myślenia. Powyższy wniosek znajduje potwierdzenie w statystykach opisujących inne rodzaje eutanazji, takie jak podawanie zawyżonych dawek leków przeciwbólowych lub przeciwobjawowych z wyraźnym zamiarem wywołania lub przyspieszenia śmierci i zaprzestanie lub nierozpoczęcie rozsądnej, "proporcjonalnej" opieki przedłużającej życie z takim samym wyraźnym zamiarem przyspieszenia śmierci.

 

Około dwóch trzecich zgonów w tych dwóch kategoriach zostało przyspieszonych bez wiedzy pacjenta; łącznie stanowi to blisko 10 procent wszystkich zgonów w obecności lekarza w 1990 roku. Są to mniej widoczne formy eutanazji, ale jednak eutanazji, czyli procedury skutkującej śmiercią pacjenta, zanim nadejdzie pora jego naturalnej śmierci. W raportach sponsorowanych przez rząd nie są one nazywane eutanazją, lecz ukrywają się pod zwodniczym hasłem "zwykłej praktyki medycznej".

 

Zsumowanie wszystkich przypadków eutanazji lekarskiej w 1991 roku daje co najmniej 15 procent wszystkich zgonów z udziałem lekarza, a w większości z nich lekarz wcale nie przeprowadzał jej zgodnie z prośbą lub wolą pacjenta.

 

Drugi raport przygotowany w 1995 roku, a więc już po wejściu w życie ustawy z 1995 roku, która miała ukrócić praktyki eutanazyjne, donosi, że wzrosła liczba eutanazji bezpośrednich, jak i innych procedur przyspieszających śmierć. Największy wzrost odnotowano w kategorii "przerwanie lub niepodjęcie leczenia/opieki przedłużającej życie" (zaliczając do niej podawanie płynów i odżywianie, co nie jest przecież właściwym leczeniem, lecz normalną opieką).

 

Równie uderzający był wzrost odsetka zgonów wskutek podjęcia przez lekarza działań bez wiedzy lub zgody pacjenta, jednak raport został tak sformułowany, że czytelnicy zupełnie nie odczuli dramatyzmu sytuacji.

 

Twarde fakty nie przeszkadzały katolickiemu ministrowi sprawiedliwości, który razem ze swoim socjalistycznym kolegą przygotowywał projekt ustawy z 1992 roku, wygłaszać uspokajających przemówień. Chwalił się w nich, że pod rządami nowej ustawy eutanazja niepoprzedzona prośbą pacjenta będzie "prawie zawsze prowadziła do wszczęcia postępowania karnego".

 

Jednak zgodnie z danymi zawartymi w raporcie z 1995 roku 30 procent przypadków bezpośredniej eutanazji bez prośby pacjenta w ogóle nie było zgłaszanych i należy wątpić, czy chociaż jeden z tych lekarzy został pociągnięty do odpowiedzialności. Nie mówiąc już o tysiącach śmiertelnych procedur przeprowadzonych w sposób mniej bezpośredni. Po raz kolejny użyto terminu "eutanazja" wyłącznie do eutanazji bezpośredniej, i tą słowną manipulacją oszczędzono sobie sporo pracy i kłopotów.

 

Ten sam minister publicznie twierdził, że nowe prawo zakładało przygotowanie lekarzy do rzetelnego zgłaszania władzom przypadków eutanazji, zgodnie z zaleceniami. Spełnienie tego warunku miało chronić lekarzy przed odpowiedzialnością karną. Większość lekarzy przyjęła jednak inne założenia - w 1995 r. ponad 50 procent przeprowadzonych eutanazji w ogóle nie zostało zgłoszonych, a odsetek lekarzy zaniedbujących ten obowiązek - jakkolwiek notujący niewielki spadek - pozostał wysoki.

 

Jednak większość przypadków eutanazji (celowe przedawkowanie lekarstw, zaprzestanie terapii przedłużającej życie) nie wymagała zgłaszania, ponieważ były uznawane za zwykłą praktykę medyczną. Skutek zaś był taki, że nowe prawo dobrze chroniło lekarzy i praktyki eutanazyjne, a nie pacjentów, którzy wcale ich nie chcieli.

Kompromis w sprawie eutanazji oznacza kapitulację

Przeciwdziałając eutanazji, warto wziąć pod uwagę następującą sytuację. Minister sprawiedliwości usprawiedliwiał wprowadzenie nowej ustawy pewnemu biskupowi faktem, że jeśli nie podejmie tej inicjatywy, to partie popierające eutanazję wprowadzą inną ustawę, dużo bardziej liberalną. Tak więc on i jego Partia Chrześcijańsko-Demokratyczna wybrali mniejsze zło. Taki argument padł już wcześniej, w trakcie legalizacji aborcji. Choć może brzmieć przekonująco, nie wytrzymuje krytyki w kilku punktach.

 

Podstawowy przekaz wysyłany przy okazji legalizacji eutanazji (lub aborcji) to ten, że zabijanie cierpiących jest zgodne z prawem i moralnie właściwe, jeśli tylko uważa się, że ma się ku temu wystarczające powody. W takim razie "nie zabijaj" (niewinnych) nie jest już absolutem moralnym, na którym przez wieki opierał się cały system prawa cywilnego cywilizacji zachodniej (z wyjątkiem tyranii nazistowskiej i komunistycznej).

 

Nic więc dziwnego, że skutki takiego prawa są zupełnie odwrotne niż pobożne życzenia jego twórców. Legalne zabijanie jednej kategorii niewinnych ludzi jest pierwszym krokiem na bardzo śliskiej równi pochyłej. Od tej chwili dyskusja przeniosła się z kwestii "Czy zabijanie cierpiących i umierających jest w ogóle dopuszczalne?" na kwestię "Którą kategorię chorych i ułomnych można zabijać i pod jakimi warunkami?".

 

Kolejnym logicznym krokiem jest poszerzanie tych kategorii i liberalizacja warunków, jeśli nie na papierze, to w praktyce. To właśnie nastąpiło w Holandii po wprowadzeniu ustawy w 1992 roku. Na przykład grupa czołowych holenderskich pediatrów, wspartych przez prokuratora okręgowego, zaproponowała liberalną ustawę przewidującą zabijanie lub przynajmniej nieleczenie noworodków obarczonych "poważnymi defektami".

 

Samobójstwo wspomagane z udziałem lekarza w przypadkach osób fizycznie zdrowych, lecz znajdujących się w stanach depresyjnych, na ogół nie było karane, jeśli lekarz przeprowadzał je "sumiennie", "z litości" i tym podobne. Prawdą jest, że podczas głośnego procesu lekarz, który pomógł pewnemu leciwemu, ale skądinąd cieszącemu się dobrym zdrowiem fizycznym i psychicznym byłemu socjalistycznemu senatorowi rozstać się z życiem tylko dlatego, że dla polityka straciło ono sens, został formalnie uznany za winnego, jednak kary nigdy mu nie wymierzono (2002 rok).

 

Również kilka lat temu minister zdrowia dał wyraz typowemu sposobowi myślenia o eutanazji i samobójstwie, mówiąc, że powinno się opracować tabletkę samobójczą dla ludzi, którzy uznają, że "mają już dość życia". Krótko mówiąc, "prawo do śmierci" i cokolwiek będzie się pod tym hasłem rozumieć, okupione jest "prawem do życia" wielu ludzi umierających: w licznych przypadkach to lekarz, a nie pacjent, decyduje o życiu i śmierci. Pryncypialni oponenci eutanazji stanowią już niewielką i politycznie nieskuteczną mniejszość wśród mieszkańców kraju, w tym wśród wykonujących zawody medyczne i prawnicze.

 

Tak więc teoretycznie przepisy "ograniczające" eutanazję mogą być uważane za sposób na powstrzymanie na jakiś czas swobodnej eutanazji. Niestety, w dzisiejszym świecie ta teoria nie ma żadnego przełożenia na praktykę.

 

Przykład Holandii świadczy o tym najdobitniej. Tak jak to miało miejsce w przypadku ustawy aborcyjnej, tak i teraz zgoda chadeków jasno pokazała, że zsekularyzowani chrześcijanie woleli posady w koalicyjnym rządzie niż długie zmagania o bezwarunkową ochronę ludzkiego życia.

 

Po tym, jak chadecja ustąpiła przed liberalizacją prawa, próżno szukać w jej programie politycznym wyraźnych zapowiedzi powstrzymania praktyk eutanazyjnych czy aborcyjnych i kształtowania społeczeństwa w duchu pro-life.

 

Natomiast liberałowie i socjaliści domagali się swobodniejszego dostępu do eutanazji i aborcji - nie zostali wcale zepchnięci do defensywy, lecz byli gotowi stoczyć o to walkę. Dlatego dalszy rozwój wypadków mógł prowadzić wyłącznie w jednym kierunku: postępującej liberalizacji prawa. Wniosek, jaki należy wyciągnąć z tej sytuacji, jest następujący: polityczny kompromis w kwestii nienaruszalności niewinnego ludzkiego życia prowadzi do zwycięstwa kultury śmierci, i to szybciej niż mogliby sobie wyobrazić chrześcijańscy politycy. Z drugiej strony, gotowość partii chrześcijańskich do pójścia na kompromis w kwestii ludzkiego życia świadczy o ich postępującej dechrystianizacji.


Autor jest pisarzem katolickim, psychologiem i psychoterapeutą, mieszka w Holandii.

(tłum. Piotr Braniecki)

 

 

Popieramy polskie oraz przyjazne Polsce businessy


 

 

 

 

 

 





 

© Copyright by Polonia Semper Fidelis