
Wersja polska
English version
Version en Español
|
Zapraszamy do odwiedzenia naszych działów:
Z życia Polonia Semper Fidelis
NASZA FILMOTEKA DOKUMENTU
Archiwum:
|
USA: Barack Hussejn Obama a ruch polityczny Tea Party (Najwyższy Czas) Amerykańska Tea Party odnosi coraz większe sukcesy polityczne. Jeszcze dwa lata temu monopol Demokratów i Republikanów na reprezentowanie Amerykanów w obu izbach amerykańskiego Kongresu wydawał się niezachwiany. System dwupartyjny wyglądał na równie twardy jak niegdyś pomnik Feliksa Dzierżyńskiego na placu jego imienia w Warszawie. I podobnie jak ten pomnik w 1989 roku, tak i amerykański system dwupartyjny może wkrótce rozpaść się na drobne kawałki.
Konserwatywny obyczajowo i liberalny gospodarczo elektorat partii republikańskiej ma dosyć polityków, którzy formalnie należą do GOP, a w rzeczywistości głoszą poglądy zbliżone do reprezentantów obozu Obamy. Oczyszczeniu szeregów amerykańskiej prawicy z krypto-Demokratów ma służyć kampania Partii Herbacianej, która w tegorocznych wyborach do Kongresu wystawia mało znanych działaczy, ale za to o wyraźnie prawicowym światopoglądzie. Przykładem takiego postępowania było wystawienie w sierpniowych prawyborach do Senatu na Alasce prawnika i weterana pierwszej wojny w Zatoce Perskiej – Josepha W. Millera. Alaskański prawnik z łatwością pokonał w prawyborach republikańskich senator polskiego pochodzenia Lissę Annę Murkowski, której praca w Senacie wskazywała na centrolewicowe poglądy. Wcześniej Tea Party przyczyniła się do przegranej w prawyborach republikańskich senatora Boba Bennetta w stanie Utah. Wiele wskazuje, że „herbaciana rewolucja” zmieni także oblicze polityki w stanie Delaware, gdzie Tea Party wspomaga Christine O’Donnell przeciw republikańskiemu kongresmanowi z tego stanu – Mike’owi Castle. Nie tylko na Alasce czy w Utah Partia Herbaciana oczyszcza szeregi GOP z krypto-Demokratów. Jak Ameryka długa i szeroka pojawiają się nowi „herbaciani” kandydaci na senatorów, kongresmanów i gubernatorów. Ich poglądy można określić jako wybitnie niepoprawne politycznie i prawdziwie prorynkowe. Hasłem zmian przeprowadzanych w szeregach amerykańskiej prawicy jest purity (czystość). I nie chodzi tu o jakieś rasistowskie brednie, ale o wyklarowanie jasnej wizji państwa konserwatywnego obyczajowo i chroniącego reguły działania wolnego rynku. Partia Herbaciana postawiła sobie za zadanie wymieść z amerykańskiej prawicy nawet takich ludzi jak senator John Mc Cain – kandydat GOP na prezydenta w 2008 roku, który słynie z wiecznego lawirowania między poglądami skrajnie konserwatywnymi a lewackimi (szczególnie w kwestii służby homoseksualistów w armii oraz nielegalnej imigracji). John McCain od 28 lat bez problemu wygrywał wybory do Senatu w stanie Arizona. Jednak w tym roku za sprawą Tea Party omal nie wypadł z wyścigu wyborczego. Żeby utrzymać fotel, musiał rywalizować z niezwykle popularnym w Arizonie konserwatywnym radiowcem – Johnem Davidem Hayworthem. McCainowi udało się co prawda wygrać prawybory, ale koszt jego kampanii wyborczej wyniósł ponad 21 mln dolarów. Kwota ta jest równa sumie wszystkich wydatków na jego cztery poprzednie kampanie wyborcze do Senatu. Wyborcy mają nadzieję, że John McCain przekonał się na własnej skórze, iż skończyła się polityczna laba i nieróbstwo za pieniądze podatników. Tea Party, jako wielki i spontaniczny ruch społecznego niezadowolenia z rządów Baracka Obamy i nieudolności całego establishmentu politycznego i gospodarczego, jest w stanie zmienić oblicze Ameryki i wpłynąć tym samym na losy świata.
Marsz na Waszyngton
Dwa lata po wyborze najbardziej lewicowego prezydenta w historii USA amerykańska prawica zaczyna odnosić coraz większe sukcesy. Rządy pierwszego czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych okazują się wielkim niewypałem. Piszę ten artykuł na trzy dni przed planowanym w Waszyngtonie wielkim marszem działaczy Tea Party przeciw polityce rządu Baracka Obamy. Istotnym elementem tego typu protestu jest fakt, że jest on organizowany nie tylko przez struktury o charakterze politycznym, ale przede wszystkim przez 50 organizacji społecznych, które niekoniecznie są powiązane z Partią Republikańską. Europejczycy mogą się jedynie uczyć, jak się robi politykę za wielką wodą. Przez cztery dni, od 12 do 16 września, odbędą się sympozja i spotkania, na których uczestnicy będą mogli się dowiedzieć, jak należy się bronić przed orwellowskim systemem tworzonym przez Obamę i jego ekipę. Imprezy towarzyszące marszowi będą składać się z wykładów uczących, w jaki sposób można się bronić przed Wielkim Bratem na poziomie lokalnym. Prawnicy, naukowcy i politycy skupieni wokół rewolucji konserwatywnej Tea Party będą doradzać, jak można w lokalnych wspólnotach bronić się przed rugowaniem symboli chrześcijańskich ze szkół i miejsc publicznych (dotyczy to np. zakazów używania niektórych dekoracji świątecznych), ograniczaniem wolności słowa, podwyżkami podatków, ograniczaniem reguł wolnego rynku czy prawa posiadania broni palnej do obrony osobistej. Innymi słowy: społeczno-polityczny ruch Tea Party, skupiający amerykańskich patriotów, pragnie przywrócić te wartości, które odróżniały Stany Zjednoczone od ZSRS, Kenii, Indii czy Meksyku – takie jak wolność religijna, swobody gospodarcze, wolność słowa i praworządność.
Kolejna porażka Obamy
23 marca 2010 roku prezydent Barack Husajn Obama podpisał ustawę reformującą zasady działania amerykańskiej służby zdrowia i ubezpieczenia zdrowotnego. Ustawa miała za zadanie zapewnić dostęp do opieki zdrowotnej milionom nieubezpieczonych Amerykanów. Cel ustawy był szlachetny, ale jej ostateczny kształt – katastrofalny dla amerykańskiego budżetu. ,,Jeszcze nigdy nie widziałem prezydenta tak szczęśliwego” – zdradził 23 marca dziennikarzowi CNN prezydencki doradca Daniel Axelrod. Ciekawe, jak czuje się prezydent po blisko pół roku funkcjonowania ustawy zdrowotnej. Kilka dni temu ubezpieczyciele medyczni w całych Stanach Zjednoczonych zapowiedzieli drastyczne podwyżki stawek ubezpieczeniowych ze względu na skutki działania reformy ochrony zdrowia przeforsowanej przez administrację Baracka Obamy. Podwyżki wprowadzą najwięksi dostarczyciele ubezpieczeń medycznych w USA: Aetna Inc., BlueCross BlueShield i kilka mniejszych fi rm. „Wall Street Journal” wyliczył, że podwyżki stawek mogą wynieść nawet 20 procent. Firmy ubezpieczeniowe muszą podnieść ceny w celu pokrycia kosztów dodatkowych usług przewidzianych w reformie ochrony zdrowia. Przedstawicielka Białego Domu, Nancy-Ann DeParle, w ostrych słowach wyraziła opinię, że firmy ubezpieczeniowe używają reformy ochrony zdrowia jako pretekstu do podwyższenia cen. Kiedy zwrócono jej uwagę, że przyczyną podwyżek są między innymi zawarte w reformie regulacje zabraniające fi rmom ubezpieczeniowym określania maksymalnej sumy, do jakiej pokrywać będą wydatki na leczenie osoby ubezpieczanej, przedstawicielka Białego Domu uznała te argumenty za całkowicie nieuzasadnione. Najwyraźniej socjaliści z otoczenia Obamy uważają, że gospodarką można kierować za pomocą dekretów i ustaw. Dziwi więc, dlaczego Barack Obama nie przeforsował jeszcze na Kapitolu ustawy dekretującej powszechną szczęśliwość i dobrobyt. Demokraci zdają się nie rozumieć lub nie chcą przyjąć do wiadomości, że przewidziany w ustawie zdrowotnej obowiązek objęcia ubezpieczeniem dzieci osób posiadających polisę do 26 roku życia, a także likwidacja tzw. pre-existing conditions, czyli możliwości odmówienia zawarcia umowy przez fi rmę ubezpieczeniową z osobą mającą przed przystąpieniem do ubezpieczenia poważne schorzenia, prowadzi w linii prostej do konieczności podniesienia stawek. Ekonomiści ostrzegali Obamę przed takim scenariuszem, jednak każda próba krytyki reformy zdrowotnej spotykała się z natychmiastowym atakiem lewicowych mediów. Dzisiaj demokraci udają święte oburzenie decyzjami ubezpieczycieli, a zachłystująca się z zachwytu nad Obamą reszta świata milczy. Niestety to nie koniec absurdalnych pomysłów Obamy. Kilka dni temu w agresywnym, typowym dla kampanii wyborczej przemówieniu wygłoszonym w Parmie, w stanie Ohio, Obama zapowiedział wprowadzenie drugiego planu stymulującego gospodarkę USA. Nasuwa się skojarzenie z potworkiem intelektualnym, który rząd Zbigniewa Messnera nazwał w 1987 roku „drugim etapem reformy gospodarczej”. Obama zapowiedział wydatki rzędu 100-150 mld dolarów. Pocieszające jest, że ten pomysł spotkał się z natychmiastową krytyką zarówno opozycji, jak i partii rządzącej. Demokrata z Kolorado, senator Michael Bennet, już zapowiedział, że nie poprze tego pomysłu. Podobnie demokratyczny kongresman Joe Sestak uznał, że propozycje Obamy są spóźnione o 18 miesięcy. Te dwa głosy oznaczają groźną rysę na nieskazitelnym obrazie jedności Partii Demokratycznej. Barack Obama zaczyna antagonizować własne szeregi, a to prowadzi do osłabienia Demokratów na kilka tygodni przed wyborami do Kongresu. Najnowsze sondaże wskazują, że tylko 40 proc. Amerykanów uważa, iż Barack Obama radzi sobie z gospodarką. Po raz pierwszy większość respondentów badań opinii publicznej uważa, że z kryzysem budżetowym lepiej daliby sobie radę Republikanie niż Demokraci.
PAWEŁ ŁEPKOWSKI (Najwyższy Czas) Popieramy polskie oraz przyjazne Polsce businessy
|
Polecane strony:
Liczba odwiedzin:
|
© Copyright by Polonia Semper Fidelis